Kiedy zaczynam pisać, nikt nie wiem czy uda mi się skończyć. Teraz nie wiem. Chcecie abym skończył z wami?
Adam dotknął klamki szkoły. A za nim stał Marek i go zatrzymał.
- Jesteś pewny? - spytał Marek.
- Nie. Nigdy nie byłem pewny. Ale przeszkadza ci to?
- Nie wiem.
Dzień był piękny, słoneczny, a szkoła duża. Dwustu uczniów. Marek z shotgunem, Adam z kałachem. I to Adam dotknął pierwszy klamki. On zginie pierwszy.
- Nie boisz się? - spytał Marek.
- Człowiek boi się wtedy, kiedy może zginąć. Nie boi się wtedy, kiedy jest pewny, że zginie.
- To po co?
I weszli. Zobaczyli korytarz w którym było mnóstwo drzwi. Trwała lekcja, więc weszli do pierwszej, lepszej klasy i strzelili jednemu dziecku w głowę.
- Wszyscy wychodzić! - krzyknął Adam.
I oni posłusznie wychodzili, depcząc ciało zmarłego kolegi. I tak do wszystkich klas, na wszystkich piętrach. I wszędzie było pełno ciał, krwi i łez. Bo dzieci płaczą, kiedy się do niech strzela. A to była dziwna szkoła. 200 dzieci, choć teraz już jakieś 186. Wszystkie dzieci stały na korytarzach. Pod ścianą. Miały po 10 lat. Adam i Marek po 25. I nadal biegali z bronią i krzyczeli.
- Pod ścianę! Pod ścianę! Nie odzywać się! Nie płakać! - krzyczał Adam.
I tak biegali. Aż w końcu jeden chłopak się złamał. Nie nerwowo. Po prostu kręgosłup mu się złamał i upadł. A kręgosłup mi z tyłu zaczął zwisać. A przynajmniej to co z niego zostało. Podbiegł do niego Marek. Chciał mu pomóc. Postawić na miejscu.
- Zostaw go! - krzyknął Adam. - Nie możesz go dotykać! Bo będziesz taki jak oni.
- A klamka?
- Dla mnie nie ma już ratunku, tak jak dla tej klamki w drzwiach.
Adam podszedł do resztek dzieciaka. Strzelił kałasznikowem mu w głowę. Wtedy inne dziecko wyszło z szeregu, wyciągnęło pistolet i jednym strzałem rozwaliło głowę Adama. Mówiłem, że zginie pierwszy.
- Nie wyjdziecie stąd. - powiedziało dziecko
Bo żadne z tych dzieci, mimo, że martwe, nie umarło. One już były martwe. Każde z nich było zombie. I teraz ścigały Marka. A szkoła iście dziwna, bo bez nauczycieli była. Więc Marek zaczął strzelać. Jeden strzał, jedne flaki więcej. Pełno zaschniętej krwi w żyłach mieli, mózgi plamiące ściany i dzieci zupełnie nagie, śmierdzące i zgniłe. A co gorsza, poruszające się. Gonili Marka, który miał tylko 7 naboi.
To czemu płakały, skoro to dzieci zombi? Bo ich oczy, podczas gnicia, wysychają, poprzez strużkę łez. Tak im oczy wychodzą na wierzch.
Marek wyciągnął miecz z za pazuchy. I ciął to, czego nie mógł już zastrzelić. Do tego nadal uciekał. Bieg przez korytarz pełen dzieci zombi w stronę wyjścia. Widział je. Czuł wiatr, bo drzwi zostawili otwarte. Cieszył się, bo wiedział, że zdoła dobiec do drzwi. A za drzwiami urocza wolność. Poza szkoła nie byłą tego koszmaru. Nie było dzieci zombi. Choć, były inne szkoły dzieci zombi. Jeszcze tylko 10 metrów, czyli jakieś siedmioro dzieci to zarżnięcia. Ciął i ciął. I przeciął sobie drogę do drzwi. Jeden krok i będzie wolność. Marek złapał za drzwi i je zamknął, potem zaryglował i zniszczył tak, aby nie można był ich otworzyć. Bo on nie chciał uciekać.
- A teraz wszyscy zginiemy!
I wtedy dzieci go dopadły. I zaczęły zjadać. I tak zginął.

- Ale Adam, o co my walczymy? Przecież nie o to, aby wygrać. Bo nie jesteśmy w stanie zniszczyć wszystkich zombi na świecie. A nawet jeśli, to i tak przyjdą nowi. I na pewno nie o to, aby żyło się lepiej naszym dzieciom. Bo zombi nas nie atakują, tylko my ich. I na pewno nie dla siebie, bo na pewno zginiemy. Więc po co?
- Walczymy po to, aby zginąć w walce!

Szczerze mówiąc nie wiem

Zło nadeszło. Nie ma oczu. Bo po co złu oczy? Zło jest w naszych sercach. Zrozumcie to. Jesteście jacyś dziwni. Kto w ogóle wpadł na pomysł, aby złu dawać oczy?
To był taki motyw z lampą. A ja jestem sobie poduszeczką. Do wypłakania. Ułóż się wygodnie, to może i masażyk zrobię. I ci głowę rozwalę o ścianę. Albo tylko twój umysł wyjmę, pożrę i wypluję.
Czujesz się wypluty? Albo wypluta? Albo wypluto? Pluto to taki pies. A ja dzisiaj styrany wróciłem z roboty. Fajnie było tyrać. Kiedy wypłata? W pieniądzach, kostkach cukru czy szlagach?
Szlagier to taki śląski utwór muzyczny. Chyba. To taka ryba. A ja mam nadzieję, że podoba się wam to co z wami robię.
A co ja robię? Szaleję bez granic. Szał was też ogarnia? Ogień w waszych sercach. Ogień w twoim sercu. Zobacz go i zgaś. A potem rozpal na nowo. Ja tak robię.
A przynajmniej staram się. Mam ochotę, abyś się pogłaskał/a. Wciśnij przycisk, może pomoże.
Dobra, wróćmy do rzeczywistości. A rzeczywiste nie znaczy rzeczowe. Przedmiotowe traktowanie ludzi. To mnie już nudzi. Moją koszule brudzi tyle istnień. A mam w sobie tyle złudzeń. I obłuda. Tylu ludzi się poznało, tylu ludzi się skurwiło. Albo zawsze tacy byli, nie zawsze to pokazując? Ale poszli, przegonieni. Niedoścignieni w swej głupocie. Ich głowy wiszące na moim płocie. Znajdzie sens w tym bełkocie.
Mam zegarek i długopis. Kartki nie mam. A chcę zmienić swoje życie. Rymy skrycie. Fuj.
O kim mogę pomyśleć? O czym? O niczym już nie myślę. Zacząłem szaleć i działać. Czy działam na ciebie? A co ważniejsze, czy działam w tobie? Zostawiam część siebie i uciekam.

Właśnie uciekłem.

Dla Agnieszki 2

Stoję sobie. Sprawdzam godzinę. Godzina jest dobra. Ognisko. Ilu nas tu jest? Pięcoro? Sześcioro. Początki. Jedna dziewczyna. Fajna, ale szczylem jestem. Ale i tak jest fajnie. Jest co wspominać. Mało nas. Ale taki już jestem. I kot co chodzi własnymi ścieżkami.
Znowu sprawdzam godzinę. Godzina jest zła. Jestem sam. Prawie. Kot, się krząta. Ale krząta. To znów krzyczy. I znów krząta. I znów jest. Czuje się bezpiecznie. Coraz bezpieczniej. Aż nagle zabolało. Ale im dalej rzucam, tym mocniej wraca. Niezależnie od niczego i od wszystkiego. Zawsze wraca i mimo, że kiedy go nie ma, to zawsze jest ze mną.
Która to godzina? I znów jest fajnie. Jest nas tu wielu. Ognisko, gitara. Jeden śpiewa, drugi śpiewa. Wiele dziewczyn tu jest. Jednych nazywam przyjaciółmi, innych nie. Ale jestem w tłumie. Pierwszy raz, jestem w tłumie. Kot tu i tam skacze. Nadal potrafi zadrapać. Ale ja też potrafię zadrapać jego. O! I moja niana przyszła. Ale jeszcze nie jest moją nianią. I jest także mój najlepszy przyjaciel. Piękna nazwa, tylko trochę nie szczera. Już raz, może dwa, nie szczera.
Ile mi czasu zostało? Źle mi czas leci. Zostałem okłamany. Przyjaciel? Coś prosty ten przyjaciel. Coś mnie nie słucha, ale nie przejmuje się moimi słowami. Niektórych rzeczy po prostu się przyjaciołom nie robi. Ale podobno się im przebacza. Przebacza. Przebacza. Znowu przebacza? Co jest dla ciebie ważniejsze? Przyjaciel czy twoja niepochamowana rządza? Przyjaźń, czy nie przyjaźń? Ja czy ty? Pierwszy, kurwa, raz?
Patrzę na zegarek. Czasy są ciężkie. Leżę i krwawię. A w około pełno znajomych i nieznajomych. Ale leżę sam. Zupełnie sam. Nie płaczę, wybaczam, ale nie zapominam. Przyjaciel stoi koło mnie, klepie po ramieniu, przeprasza. Ale nie leży koło mnie.
Kiedy to było? Było wtedy fajnie. Była i niania. I kot był. I przyjaciel mój był. Niania już wtedy niania. Mało napisałem o niani. Niech wybaczy, ale to nie o niani dziś chciałem poopowiadać. Nie było śpiewaków, grajków. Nie potrzebowałem ich. Czasami ktoś traci moje zaufanie. Ale cieszę się. Nóż w moim sercu też tam gdzie sobie leży. I niszczy mnie powoli, ale systematycznie. Czasami serce moje wraca. Ale wtedy nóż też wraca. I znowu przestaje się lubić z własnym sercem.
Czy to ja jestem zły? Że nóz celuje w serce? Gdybym wiedział, że to nóż jest zły, może nie trafiałby? Ale co tam, już za późno na gdybanie.
Ile to czasu minęło? Tak szybko z góry czasów w dół? Co ja tu właściwie kurwa robię? Płaczę sobię. Sam? Jest tu kot, jest moja niania jest i mój przyjaciel. Poklepią, ale mimo iż próbują, nie umieją mi pomóc. A może ktoś tu nie próbuje? Ale o co ja w ogóle płaczę? O to, co wiem, że nie dla mnie. Nie przypasowanie. Wiem, że jest złe. Ale nad czymś tu nie panuję.
Jak długo tu siedzę? Nadal jest źle. Nadal są ze mną. Tylko nagle, to ja tu kogoś poklepuję po ramieniu. Ktoś płacze na moim ramieniu. Czasami chciałbym coś w zamian. Nic nie dostaję? Nie wymagam, czekam. Może kiedyś. Może coś. Ale boli nadal.
Nie wiem ile to trwa. Ale czasami złymi i dobrymi było. Aż w końcu, ktoś tu chyba nie pomyślał. Przyjaciel wziął nóż i wbił mi w serce. Przyjaciel? Ale on przecież nic nie zrobił. Fakt, nic nie zrobił, aby być moim przyjacielem. Ale ja przecież tragizuję! Szaleję! Nie przeczę. Ale kiedy z przebitym sercem, nagle dostaje się nóż w plecy, to już nie można zachowywać się normalnie. A miało być tak pięknie.
Ale ja nigdy nie byłem normalny. Ale zawsze miałem zasady. Ale dziś i tutaj, to grzech mieć zasady. A co gorsza, starać się mieć przyjaciół z takimi samymi zasadami. I czasami reaguję alergicznie. I moi przyjaciele o tym wiedzą. Bo inaczej nie są moimi przyjaciółmi, co nie?
Wyłączam maszynę do podrózy w czasie. Wyłączam zdjęcia. Chciałem tylko sobie powspominać.

Darmowe przytulanie - Dzień kultury ulicznej

Dnia 19 czerwca 2009 odbędzie się Dzień Kultury Ulicznej. Ja będę tam z ramienia TGFu. Będę miał zadanie trochę inne od klimatu TGFu. Otóż w ten dzień, chciałbym zorganizować akcję Free Hugs. Czyli po postu będę popierdzielał z napisem “Darmowe Przytulanie” po ul. Krakowskiej. Zapraszam wszystkich na tą imprezę, a szczególnie zapraszam wszystkich którzy będą się chcieli tego dnia po prostu przytulić. Jeśli ktoś chce, to też może wziąć kartkę papieru, napisać “darmowe przytulanie” i chodzić ze mną.

Polska choroba: elitaryczność

Uprzedzam, nie będę mówił dzisiaj o polityce.
Do napisania tego postu przyczynił się ten post.
W skrócie, mówi on o tym, że aby dostać się na wikipedię, trzeba być “kimś”, gwałcąc przy tym ideę encyklopedii.
Czytając tego posta, przypomniał mi się inny polski serwis: Digart. Jest to klon Deviantart’a, gdzie ludzie wrzucają swoje twory (poezję, obrazki, zdjęcia, etc.). Nie mówię, że klon jest zły, bo jest klonem. Ale na digarcie widać typowo polską (chyba tylko polską) chorobę: elitarność.
Otóż, po wrzuceniu jakiegoś digarta, ludzie go oglądają, oceniają. Natomiast, jak jakiemuś moderatorowi się dana praca nie spodoba, to ukrywa ją. Przez co ludzie już nie mogą tej pseudo-słabej pracy oglądać.
Dlaczego mówię pseudo-słabej? Bo sztuka to kwestia gustu. Jednemu się podoba to, innemu to. Nie ma jednego, konkretnego kryterium. Przykładem może być Van Gogh, gdzie za życia malarza jego prace były uznawane za słabe, a potem nagle za genialne dzieła sztuki.
Innym ciekawym przykładem hipokryzji digarta może być mój kolega fotograf. Swego czasu wrzucał tam swoje najfajniejsze zdjęcia. Z 15 przed schowaniem ostały się 3. Po czym mój kolega usunął wszystkie swoje digarty. A po jakimś czasie postanowił wrócił. Zaczął od swoich 3 fotografii. Wszystkie 3 zostały z miejsca schowane.
Ale opluwanie digarta nie jest moim głównym celem tego posta. Digart to tylko przykład elitaryczności. Wszystko co “wychodzi” musi być “idealne”, “dobre”, “wspaniałe”, przez co wypacza się cel. Wikipedia przestaje być wikipedią, a staje się miejscem gdzie się nagradza poprzez artykuł. Digart nie jest miejscem dla młodych artystów, tylko miejscem dla towarzystwa wzajemnej adoracji.
O ile w Digarcie, ta choroba nie jest niebezpieczna, bo digart jest serwisem dla konkretnej grupy ludzi, o tyle przy wikipedii jest to już rzecz lekko niebezpieczna, gdyż ludzie wierzą wikipedię i szukają tam wszystkich informacji. A znajdują tylko wyselekcjonowane informacje.
Elitaryczność jest chorobą, która objawia się nie tylko w internecie. Wiele jest grup, stowarzyszeń i innych zbiegowisk ludzi, które opierają się na swojej elitaryczności. I niech sobie są, nikt nie zabrania im istnienia. Róbcie ludzie co chcecie. Ale błagam was o jedno, nie zmieniajcie znaczenia słowa encyklopedia ani innych, tylko tak, żeby wam pasowało. Zostawcie moją wikipedię. A zamiast digarta, wybieram deviantarta.

Jogurt

Adam i Ewa byli przyjaciółmi od zawsze. Nigdy parą nie byli. Pewnego razu Ewa spała u Adama. On na ziemi, ona na jego łóżku. Gdy się obudziła, zuważyła, że jest przywiązana do łóżka. Ręcę miała związane prosto nad głową, a wyprostowane nogi były przywiązane do dołu łóżka. Miała na sobie zieloną koszulę i dzinsy. Wtedy zobaczyła Adama. Był ubrany w swoją ulubioną koszulkę i dzinsy.
- Co robisz? - spytała
- Zaraz zrozumiesz. - i zawiązał jej oczy.
Potem rozpiął jej spodnie i powoli ściąnął w dół, odsłaniając jej białą, koronkową bieliznę oraz jest długie piękne nogi.
- Adam, ja nie chcę. - powiedziała spokojnie, ale z lekkim strachem
Adam pocałował jej prawą stopę. Mimo, iż Ewa nie miała na to ochoty, spodobało się jej to. Drugi pocałunek wylądował ponad kostką. Był to wolny, ciepły całus. Następny pocałunek wylądował pod kolanem. Ewa zaczęła się czuć podniecona. I znowu całus coraz wyżej, nad kolanem. Ciepłe wargi Adama deliketnie pieściły fragmenty skóry Ewy. Dwa całusy uda. Coraz bliżej bielizny. Ewę coraz bardziej rozgrzewała ta zabawa. Ale to nie czas na ściągnięcie majtek.
“Proszę, jeszcze nie kończ tego!” - krzyczała w duchu.
Adam podwinął jej bluzkę i jego oczom ukazał się piękny, biały stanik. Następny ciepły i ponętny całus wylądował na brzuchu. Adam powoli zbierał się do następnego. Całus pod piersiami. Ewa już zupełnie podniecona chciała jeszcze. I dostawała coraz więcej. Gorący całus nad piersiami. Ewa leżała cicho i w skupieniu, zastanawiąjąc co się dalej będzie działo. Długi całus jej długiej, miłej w dotyku szyi.
“Zaraz zaczniemy się całować.” - pomyślała Ewa. Ale Adam ani o tym myślał. Pocałunek powędrował w jeden policzek. Potem w drugi. Czas na drugą stronę Ewy, tylko teraz z góry na dół. Szyja, ponad piersiami, pod piersiami, brzuch, nogi i stopy. Trwało to długo, a Ewa już była bardzo podniecona. Chciała jeszcze dłużej się pobawić. Ale Adam przez długą chwilę nic nie robił. Ewa zaczęła się niecierpliwić. Dlatego cicho i spokojnie powiedziała:
- Jeszcze.
Wtedy Adał pocałował ją w otwartą rękę. Tak! Zabawa trwa nadal. I nadal jest bardzo podniecająca. Całus pod łokciem. Powoli i skutecznie. Ciepłe usta Adama spotkały się z ciepłą skórą Ewy ponad jej łokciem.
“Tak! Nie przyśpieszaj!” - mówiła sobie w duchu Ewa. Nigdy nie myślała o zbliżeniu seksualnym z Adamem. I teraz tego bardzo żałowała. Gorący całus pod pachą. Ewa zadrżała na chwilę. Tam była bardzo delikatna. I znów całus w szyje. Ale tym razem nie było całusa w policzki. Nadszedł czas na pocałunek usta-usta. Krótki, ale bardzo ponętny i zachęcający na więcej. Znowu szyja.
“Nie przestawaj!” - w milczeniu i skupieniu myślałą sobie Ewa. A Adam ani myślał o zaprzestaniu. Trzeba jeszcze jedną ręką obcałować. Powoli, subtelnie i z gracją. Aż w końcu nadszedł ostatni pocałunek, w otwartą dłoń drugiej ręki.
“I co teraz?” - zastanawiała się Ewa.
Adam zaczął całować Ewę w usta. Ona postanowiła nagrodzić starania Adama i zacząła się scena długiego, gorącego i ponętnego pocałunku dwojga zakochanych w sobie ludzi. Zanim się ta scena skończyła, Adam zaczął powoli ściągać Ewie majtki. Nie protestowała ani trochę. Ewa była już wtedy wilgotna, więc Adam bez skrępowania włożył dwa palce w nią. I zaczął nimi ruszać w górę i w dół sprawiając tym Ewie coraz więcej przyjemności seksualnej. Aż w pewnym momencie Ewa już nie byłą w stanie skupić się na całowaniu Adama, więc kiedy on zauważył, że ma wolne usta, postanowił zamienić swoje palce na swój język. Zaczął ją delikatnie, ale zdecydowanie lizać po jej kwiecie seksualności, sprawiając jej coraz więcej przyjemności.
Robił tak na tyle długo, aż nie uznał, że już koniec. Przerwał i ściągnął Ewie opaskę. Ona zobaczyła, że Adam jest cały nagi. I powoli zaczęła się napawać tym widokiem. Adam rozwiązał jej ręcę i nogi. Wtedy Ewa objęła go rękami i nogami.
I w sumie mógłbym napisać dalej. Albo nawet zakończyć w tym miejscu. Ale wybaczcie, jestem tylko Sockiem.
Wtedy Adam wziął przygotowany uwcześniej nóż i wsadził Ewie w wątrobę. Krwi było w cholerę, tak jakby komuś się słoik w dupie rozstrzaskał. Wtem Adam powiedział:
- Szmata!
I nagi poszedł do miasta po jogurt.

Samobójca IV

Dzień przed.
No więc po 25 latach męki, zamiast kupować sobie psa, kupiłem pistolet. Zaczynam pisać dziennik i strzelam sobie w głowę.

Dzień I
No więc popełniłem sobie samobójstwo. Nawet ciekawe przeżycie. Oczywiście, tak jak przewidywali chrześcijanie trafiłem do piekła. Nie jest to takie piekło, jak oni przewidzieli.

Dzień II
Trudno w sumie opisać jak to piekło wygląda. Tak samo jak trudno by było opisać osobie niewidomiej co za kolor się widzi. Mamy tu coś w rodzaju elektryczności, coś w rodzaju telewizora i coś w rodzaju komputera. Tylko siebie nie mamy.

Dzień III
Wiecie co? Znalazłem drzwi! Ale w sumie po co mi one? Ja i tak się wyjść boje. A za oknem mój osobisty demon patrzy i oddycha. Znaczy, że w odróżnieniu ode mnie on żyje?

Dzień IV
Ciężko to nazwać rozmową, ale komunikowałem się dzisiaj. Dowiedziałem się paru ważnych rzeczy. Na przykład jak się używa klamki i kilka naście powodów dla których lepiej tego nie robić.

Dzień V
Poszedłem spać. No i co?

Dzień VI
Wstałem. Jutro podobno czeka mnie odpoczynek. Tylko jak to? Przecież ja nie pracowałem.

Dzień VII
Tracę kontakt ze światem. Tracę siebie. Zatracam się. A drzwi nadal zamknięte. Strasznie się boje.

Dzień VIII
Ponoć do odważnych świat należy. Ale co to za świat jest, z którego chciałem uciec?

Dzień IX
Kontaktowałem się dziś ze swoim demonem. Rozmowna bestia w sumie. Tylko czemu ja nic nie pamiętam?

Dzień X
Odchodzę od zmysłów. A może po prostu one dawno we mnie już umarły?

Dzień (a kogo to obchodzi?)
Dziś postanowiłem otworzyć drzwi, więc zrobię to jutro.

Dzień (w sumie następny)
Ze strachem otwarłem drzwi. Demon mi nie pomógł, ani nie zaszkodził. Po prostu został.

Dzień po
Tak naprawdę przeżyłem niestety. Lekarz mówi, że za pół roku wrócę do zdrowia. A wtedy znowu spróbuje popełnić samobójstwo.

Samobójca I i II

Samobójca I
Rozmawiałem ostatnio z samobójcą. Nie był niezwykły. Normalny facet, taki jak ja.
[Ja] Dlaczego się zabiłeś?
[Samobójca] Bo już nie umiałem tak żyć.
[Ja] Ale przecież miałeś pracę. Dobrze płatną.
[Samobójca] Tak! Pracę miałem bardzo dobrą. Dobrze płatną. Ludzie fajnie byli.
[Ja] To dlaczego to zrobiłeś?
[Samobójca] Bo czułem się samotny!
[Ja] Ale jak to? Miałeś przyjaciół, rodzinę.
[Samobójca] Miałem. Miałem wspaniałą rodzinę. Miałem dobrych przyjaciół. Zawsze miałem z kim porozmawiać, z kim wyjść.
[Ja] Miałeś wszystko, a mimo to zabiłeś się. Wytłumacz mi, dlaczego?
[Samobójca] Bo byłem samotny! Nie, nie byłem sam. Ale samotność to coś innego. Samotność to kolejne stadium tęsknoty. Samotność to choroba, którą może wyleczyć tylko ta osoba, która jest jej powodem.
[Ja] Kto był powodem twojej samotności? Za kim tak bardzo tęskniłeś?
[Samobójca] Ja nie tęskniłem. Ja nadal tęsknie. Ale ona nie tęskni za mną.
[Ja] Zrobiłeś to z powodu zawodu miłosnego?
[Samobójca] Zawodu miłosnego? To nie był jakiś tam zawód miłosny. Zawód miłosny, jest wtedy kiedy ktoś ci mówi nie, a ty w ciągu miesiąca o tym zapominasz. Ale nie wtedy, kiedy przez ostatnie 2 lata nieustannie myślisz o niej. Gdy się zastanawiasz, co by było gdyby powiedziała tak. Co byś ty musiał zrobić, aby te tak powiedziała. 2 lata! Wiesz co to jest, gdy się mimo wszystkich swoich sił nie umie zapomnieć? Wiesz co to jest, codziennie rano budzić się i umierać na nowo?
[Ja] Wiem doskonale, tak jak ty. Ale to nie jest powód, aby się zabijać.
[Samobójca] Nie jest powodem? Ja ci pokażę!
Samobójca wyciągnął pistolet.
[Ja] Nie! Nie! Nie!
Nie zdążyłem. Znowu się zabił. Nie udało mi się go uratować. Przestałem patrzeć w lustro. Wyszedłem z łazienki i poszedłem do pracy.

Samobójca II
(scenariusz)
Dwie postacie: samobójca i zabójca. Samobójca klęczy (siedzi) na środku sali. Zabójca stoi. W czasie rozmowy okrąża samobójce, jak na przesłuchaniu. Zabójca jest ubrany na czarno, w płaszcz. Samobójca jest ubrany w łachmany.

[Zabójca]
A więc chcesz się zabić tak?
[Samobójca]
Tak.

[Zabójca]
Myślałeś o tym, jak to zrobić?

[Samobójca]
Wejdę na jakiś wysoki budynek i po prostu skoczę. Zawsze chciałem latać.

[Zabójca]
Latać? Latać ci się zachciało? I dlatego chcesz się zabić?

[Samobójca]
Nie! Oczywiście, że nie. Lot to tylko taki dodatek. Ja po prostu nie chcę żyć.

[Zabójca]
Nie chcesz żyć? A dlaczego to? Przecież masz pracę, przyjaciół, rodzinę która cię kocha. Masz perspektywy na przyszłość. Masz po co żyć!

[Samobójca]
Nie mam dla kogo żyć!

[Zabójca]
A więc wyszło szydło z worka. Baby ci brak. I dlatego chcesz się zabić? Jesteś żałosny.

[Samobójca]
Baby! Śmiesznie to brzmi, a ból po odrzuceniu jest naprawdę realny. I zgadnij co. On nie zabija twojego ciała. Ten ból zabija w tobie ducha walki. Zabija w tobie nadzieję. A człowieka bez nadziei nie ma.

[Zabójca]
Nie pierdol mi tu o nadziei! Ona cię nie nakarmi. Ona nie zapłaci rachunków. Ona za ciebie nie pójdzie do pracy.

[Samobójca]
Nie pójdzie. Ale dzięki niej, będzie ci się chciało do niej iść.

[Zabójca]
Ludzie bez nadziei żyją!

[Samobójca]
Egzystują. Życie polega na czymś innym. Życie to dzielenie go z innymi.

[Zabójca]
Z innymi powiadasz? A co z resztą twoich znajomych? Co z twoją rodziną.

[Samobójca]
Pewnie płakać będą. Ale ja już tego nie dożyje. Więc co mnie to obchodzi?

[Zabójca]
Nie obchodzi cię to? Nie wiesz, że życie nie należy do ciebie? Tylko do ludzi, którzy cię kochają, bo to oni będą płakać, kiedy ciebie zabraknie. Nie obchodzi cię to, że twoja matka będzie przez ciebie cierpieć?

[Samobójca]
A co mnie to obchodzi?

[Zabójca]
Co cię to obchodzi? Jesteś żałosny i samolubny! Nie masz prawa żyć!

Zabójca wyciąga pistolet i strzela w głowę samobójcy. Obydwaj upadają na ziemię.

W tle napisów końcowych piosenka Lady Pank - “zabić strach”.

Demon

On tam był. Przy ognisku. Razem z resztą. Siedział i słuchał. Tak, jego byt tam się znajdował.
- A pamiętasz tą historię, jak Zygmunt obrzygał drzwi?
- Tak
- Ha – ha – ha
- Weź ich zabij – powiedział Demon Żółciowy, który już tam był od dłuższego czasu. - Po prostu zabij!
Pomyślał. A to prowadzi do pomysłu. Tam się rodzą czyjeś światy, bo tam już są jego sny. A teraz narodziła się blokada.
- Proszę, zabij ich.
- Proszę, weź się odpierdol!
Bunt? Blokada? Strach? Ale nic się nie stało. Bawił się swoimi metalowymi kulkami i pozdrawiał pewną małą, sympatyczną dziewczynę.
- Strach! - Demon Żółciowy się zdenerwował. - Strach cię zjada!
- Ty mnie zjadasz.
- Ja cię wypełniam.
- Ja jestem pusty.
Demon Żółciowy wziął i uciekł.
- A pamiętasz jak Edward połknął zapałkę?
- Tak.
- Ha -ha -ha
Demon Zielony dopiero nadszedł.
- Zabij ich! Niech będą nieżywi. Niech będą wieczni.
- Wiecznie nieżywi?
- Na zawsze zbawieni jak ty.
- Nie pierdol…
- Nie kuś.
I było ich tam kilku. A jego byt górował nad nimi. Jego tam po prostu nie było. A jego byt…
- Zabij!
- Strach!
- Strach nas wszystkich zabije.
W każdym z nas żyje demon. W niektórych z nas, żyje nawet kilku. Zwyciężamy my, zwyciężają oni lub się łączymy. Brawa dla prawdziwych wojowników. Chwała im i miecze przy ich sercach. Te żywe organizmy z których mają miecze.
- A więc to tak!
- Nie złapiesz mnie. Nie zabijesz mnie.
- Nie zapomnisz o mnie.
I chwilowo zniknął. Ale na pewno zniknął. Ale jego byt tam był nadal.
I nagle przyszedł Demon Niebawem.
- Aaaaaa!
I wsadził on rękę do ogniska. I nikt tego nie zauważył. Nikt się nie przejął. Bo jego tam nie było. Jego byt tam był.
- A pamiętasz, jak On zmarł na raka?
- Tak
- …
A Demon Niebawem przyjdzie…

Dlaczego

Siedział przy biurku. I pisał. Po prostu tworzył poprzez pióro parę wyrazów. Tak od paru chyba godzin. Tak od niechcenia. Wstała jego matka, albo żona, albo nawet siostra. Wstała, bo było wcześnie. Zobaczyła, że siedzi przy biurku. I pisze. A kartki spod jego rąk startowały i wylatywały w powietrze. Latały po pokoju. Nigdy i nigdzie nie lądowały. Nie kończyły się. Po prostu latały. A on pisał. Jak wieczne pióro było rzeczywiście wieczne. Jego ręką nie czuła zmęczenia. Jego umysł nie czuł niczego. Ona podeszła, żeby pooglądać to, czego nie umiała pojąc. On zresztą też nie umiał. Bo i po co? Robił to co chciał i nie przestawał. Nie pamiętał, po prostu tworzył słowa.
[Ona] Co to?
On przerwał na chwilę. Nie zrobił tego nigdy więcej.
[On] A czy to musi coś być?
I rozpoczął pisać od nowa.
[Ona] Która jest godzina?
[On] Nie wiem. Nie kładłem się spać.
Wtedy powstał strach. Nikt niestety nie wie, czy był to strach spowodowany troską o niego, czy strach przed tym, aby ona nie była zła. Ale to i tak nie ważne. Strach powstał. Narodził się z niczego. I rósł w siłę. Mógł niszczyć, mógł zabijać, mógł przejąc kontrolę. Ale nie zrobił tego, po prostu się ulotnił. I poczuł się dumny.
[Ona] Ale ty tak nie możesz zarywać nocy!
Gniew się narodził. Gniew silniejszy od strachu. Strach ucieka, a gniew nie celuje. On po prostu jest. I w odróżnieniu od strachu, gniew chce niszczyć. Gniew chce być tutaj razem z nimi. Ale nie wie, że to oni go trzymają, tak samo jak on ich. I nie puszczają. Są zbyt silni. Ale o kim tak naprawdę mówię? Przecież nie o sobie. Gniew uleciał. Nie ze strachu. Nie dlatego, że chciał. Po prostu nie miał już sił. Nie miał już niczego.
[On] Nie potrzebuję dnia, aby pisać. Nie potrzebuję czasu, aby tworzyć. Nie potrzebuję papieru, aby się unieść ponad tych wszystkich ludzi.
Smutek nadszedł. A z nim przyszedł płacz. Przyszła też bezsilność. Oj nie, smutek nigdy nie jest sam. Może powstać z samotności, ale nigdy nie jest sam. Towarzysze jego tak samo silni jak on sam. Ale nigdy nie żyją bez smutku. A kiedy trzy silne ręce ściskają jedno gardło, to pętla na szyi jest już nie potrzebna. Strach już tu był, a gniew niczego nie zdziałał. I on już nigdy nie stworzy niczego prostego. Nie chce on.
[On] Nie spełnione oczekiwania.
[Ona] Nie chciana ozdoba.
[Strach] Nie zostawiajcie mnie.
[Gniew] Nie ratujcie mnie.
[Smutek] Nie chcę wracać.
[Płacz] Nie ma mnie tutaj.
[Bezsilność] Nie obchodzi mnie to.
[Kartka] Nie wiem co mam powiedzieć.
[Słowo] Nie wiem co znaczę.
[Pustka] Nie! I nie na tym będzie koniec.

Wyciągnęła rękę i złapała jedną kartkę. Ścisnęła i przeczytała. „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” Tak samo wzięła następną kartkę i przeczytała: „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” I czytała tak długo, bo kartek było wiele. Latały jak ptaki. I nigdy nie lądowały. Przemyślała w końcu i powiedziała.
[Ona] Czemu ty tak właściwe to piszesz.?
[On] Żeby zapomnieć.
[Ona] O czym?
[On] O tym, że słyszę głosy.
Strach się przestraszył i uciekł. Gniew się rozlał po całym pomieszczeniu i wyparował. Smutek poszedł na wesele i nikt go już więcej nie widział. Płaczu nigdy nie było, przecież mówiłem. Bezsilność się zmieniła. Ewoluowała. A teraz nikt nie wie jak wygląda. Kartki w końcu się skończyły i odleciały. A tak bardzo chciał je mieć tylko dla siebie. Słowa są w każdym z nas, więc to tak jakby ich nigdy nie było, prawda? Pustka pozostała. No bo gdzie miała by iść, skoro wszędzie jej pełno?
A co z nim i nią? On chciał być pisarzem, jej nie musiało w ogóle być. On miał marzenia, ona była jednym z nich. Maszyna do pisania? Nie! Człowiek za którego słowa, spisane na kartce, pisane z bezsilności, w płaczu i smutku. Słowa pisane w gniewie i strachu. I tylko trochę nadziei. Która starczała na tak długo i tak bardzo walcząca ze strachem, gniewem i bezsilnością. A co z pustką, która też nadzieją była? Czemu nie płacze biedna?

I wtedy sen się skończył. Pytanie tylko czyj to był sen. I skoro się skończył, to czemu nikt się nie obudził?