Pewnego razu, odwiedziła mnie otchłań. Przyszła tak samo nie spodziewanie, jak złodziej wkradający się do domu. Była wtedy noc, spałem spokojnie. Weszła przez okno i patrzyła na mnie przez cały mój sen. Mimo, iż się nie obudziłem, wiedziałem, że tam była. Wyczuwałem jej głębie. Uciekła, jak tylko sen się skończył. Jeszcze widziałem ślady, jakie po sobie zostawiła. Widuję je do dzisiaj. Ja tak bardzo chciałem się obudzić ze swojego snu, ale nie mogłem.
Drugiego dnia wpadła przez okno i pogłaskała mnie po twarzy. Delikatnie, jak kochanka, która chciała dotknąć partnera podczas snu, ale nie chciała go zbudzić. A ja nadal trwałem w swoim śnie. Rano nie chciałem o tym pamiętać, mimo iż nie umiałem zapomnieć. Żyłem jak wcześniej, ale nic już nie było takie samo. Gdy otchłań cię pogłaszcze, nie ma już odwrotu. To znak, że chce cię zabrać dla siebie i nie oddać.
Następnego dnia nie zadowoliła się tylko dotykiem, ona chciała już brać. Zabrała mi oko. Mimo, iż cały czas było ono na miejscu i działało normalnie, to czułem, iż zostało mi zabrane. Było takie odległe ode mnie i mojego ciała, a moja dusza nie czuła już z nim kontaktu. Tak jakbym używał nie swojej części ciała, a organizm jeszcze nie zdecydował, czy przeszczep się przyjął, czy nie.
Potem otchłań zabrała mi uszy, abym nie mógł jej słyszeć jak przychodzi. Ale ja nadal słyszałem każdy jej oddech, każdy krok, każdy ruch. Wiedziałem, kiedy przychodziła i kiedy mnie na chwilę opuszczała. Widziałem każdy jej ślad. Ale ja nadal śniłem i nie umiałem się obudzić.
I tak zabierała moje części po kolei. I już nic ze mnie nie zostało. Wtedy otchłań weszła we mnie i wypełniła moje ciało po brzegi. Próbowałem się bronić,przeklinać, grozić, a nawet czarować, ale przypominało to trochę krzyk osoby spadającej w przepaść. Macki otchłani wychodziły ze mnie, a ja dałem się prowadzić, bo już nie miałem siły walczyć. Tak jakbym stracił siebie, ale tak naprawdę to już dawno nie byłem ja.
I wtedy otchłań zrobiła coś, czego się nie spodziewałem. Odeszła. Zostawiając mnie samego i pustego. A razem z nią, cały mój świat poszedł w niepamięć. I wtedy się zabiłem.
Nie był to jednak koniec mojej historii z otchłanią, lecz jej początek. Bo kiedy umarłem i moja dusza się uwolniła, zobaczyłem wiele innych, nie moich otchłani. Każda z nich, prowadziła do innego świata, intymnego, własnego i totalnie różnego od pozostałych. Zatonąłem w nich i próbowałem zrozumieć. Zajęło mi to bardzo długo.
Aż w końcu odnalazłem się na krańcu siebie. Znalazłem tam swoją duszę i mocno mi się ona nie spodobała, ale nie dlatego, że była odrażająca, lecz dlatego, iż dużo pracy było przede mną. Dotknąłem jej, poczułem kwaśny smak i ogrom strachu, rozlewający się ze wszystkich dziur mojego jestestwa. Doznałem wstrząsu i odrodziłem się. Można powiedzieć, że powróciłem do życia, choć, może bardziej oszalałem i wróciłem do zmysłów, w sposób jaki wraca się do starego przyjaciela, po długiej podróży.
Wtedy się obudziłem, w swoim łóżku, w swoim pokoju, w swoim świecie. A otchłań siedziała na moim krześle i patrzyła na mnie. Pierwszy raz widziałem ją w pełnej okazałości. Miała na sobie moje ubrania, moje buty, moje tatuaże, a nawet moją twarz. Tak naprawdę to ja byłem swoją własną otchłanią, ale teraz kiedy już to wiem, to mam nad nią władzę. I mogę spać spokojnie
Mnie się udało, choć nie bez strachu i strat. A wam wszystkim życzę pomyślnych łowów w poznawaniu i dotykaniu własnych otchłani.