Idę sobie ulicą. Nie wiem po co to robię. Po prostu chodzę sobie. Co dziwniejsze, spotykam ludzi. Tak sobie chodzą, palą. Szukają swojej drogi, albo nią kroczą. Ludzi można spotkać wszędzie. W sklepie, w barze, czy też w domu w którym się mieszka. Świat jest pełen ludzi. Ciekawe skąd oni wszyscy się wzięli? Słyszałem, że bocian przynosi niemowlaki do domu rodziców. Przy kilku bilionach ludzi na świecie (słyszałem, że to nie przesada z tą ilością!), to ten bocian musiał się kurewnie dużo napracować. Słyszałem także, że rodzice niemowlaków szukają w kapuście. Przy tylu ludziach, to musiało być naprawdę duże pole kapusty. Jak oni tam się przed zającami bronią? Ale nie. Nie ma sensu o tym myśleć. I tak za to chleba nie dostanę.
Ludzi można spotkać wszędzie. W sklepie, w barze, czy też w domu w którym się mieszka. Wszyscy ludzie sobie chodzą po dworze. Dziwne to jest uczucie, kiedy widzi się tyle nieznajomych twarzy. Po prostu się idzie, chce się zagadać. Ale nie. To nie moja sprawa. Nie moi znajomi. Podejdę. Spytam się:
-Przepraszam, która jest godzina?
Co to za pytanie: „która jest godzina?”? Czy nie mogę zapytać: „jak masz na imię?”. Nie, nie mogę. Od razu zostanę uznany za natręta, lub zboczeńca. Ludzie są tacy nie zdolni do zaznajomienia się. A może ja jestem tylko zwykłym samotnym człowiekiem, jak wy?
- 13:30
Odpowiedział. 13:30? Co ja tu robię o tej porze? Powinienem być w pracy. Ale nie. Nie jestem. Czemu wy wszyscy nie jesteście w pracy? Do szkoły może chodzicie, co? A może po prostu nie macie pracy? To takie proste poznać kogoś w pracy. Znasz bo musisz. Ale z drugiej strony, jak kogoś przestaniesz lubić, to i tak musisz go znać. A może, takich ludzi, których nikt nie lubi, ktoś inny zwolnił? Oni wszyscy tutaj na ulicy… Dlatego są tu na ulicy, a nie w pracy! Ktoś ich zwolnić musiał. Odejdź! Nie chcę cię znać, skoro inni też nie chcą. To się nie godzi, żebym znał kogoś, kogo inny nie chcą znać. Tak być nie może!
Odszedł.
Jak on tak mógł?! Odszedł bez pożegnania. A przecież rozmawialiśmy. To mógł być początek znajomości. A nawet przyjaźni. Ale nie. Powiedział co miał do powiedzenia i poszedł. Pewnie teraz nawet mi suchego „dzień dobry” nie powie, jak się znów spotkamy. Co za chamstwo i brak kultury! Nie! Zdecydowanie nie chcę go znać!
Ale do kogo ja teraz pójdę? Do kogo ja się teraz odezwę? A może odwrócę się i zacznę go gonić? Dogonię go i poproszę, żeby mi kawał opowiedział. Ale nie. Pewnie pomyśli, że gonię go, żeby mu komórkę ukraść. Jak zobaczy mnie biegnącego, to ucieknie. To może pójdę szybko po cichu? Nie zdąży uciec. Ale nie. Jak po cichu od tyłu do niego podejdę i wtedy zagadam, to nie ucieknie. Po prostu się przestraszy. Jeszcze umrze ze strachu na miejscu i co ja powiem policji? „To była samoobrona panie policjancie!” Nawet sąd mi nie uwierzy.
Choć z drugiej strony, mógłbym poznać jakiegoś miłego pana policjanta. Z nim mógłbym się zaznajomić, zaprzyjaźnić. Ale nie. Policjant nie będzie chciał znać mordercy. Nawet z przypadku.
A z resztą tamten i tak już zniknął. Ciekawe jak miał na imię? Może Zdzisław? Może Adam? Albo Hieronim? Wiem! Miał na imię Hildegarda! Nie, tak już nikt się nie nazywa. A jeśli się tak nazywa, to pewnie się tego wstydzi. Za rodziców się wstydzi. Pewnie byli pijani, kiedy nadawali mu to imię. I dobrze, że uciekł! Nie chciałbym znać kogoś, kogo rodzice są alkoholikami. Ja to jednak mam szczęście. Choć trochę mi żal tego Hildegardego. Mieć takich rodziców to nie lada problem dla młodego człowieka. Ale w sumie, to nie moja sprawa. Życzę ci jak najlepiej Hildegarda. Bądź zdrów i pozdrów rodziców!
wzruszająca historia :) tylko po co poznawać obce osoby? nie lepiej pielęgnować juz nabyte znajomości, lub nawiązywac znajomości z osobami z którymi mamy wspólne zainteresowania… / pozdrawiam i już nie mogę sie doczekać następnych przygód pana Władka :)
to ja napisze o surykatkach…
chodze sobie po afrykańskim stepie. nie wiem, czemu tak się włóczę, może moja mama piła gdy była w ciąży i teraz mam ADHD? Pewnie jeszcze nazwała mnie Hildegardą? sama nie wiem… zatraciłam się w tym pustkowiu… to dziwne, że zawsze kiedy Socek coś pisze, ja przynajmniej 2 razy muszę się głośno zaśmiać… pewnie dlatego spotkałam tę surykatkę płaczącą nad nagimi truchłami martwych śledzi? taaak… pewnie tak… ale ze mnie zajebista filozofka… kochajcie filozofów, kochajcie chrolę!
Socuś, baaardzo przegadane, pewne rzeczy bym ucięła. ale cieszę sie, że masz przemyślenia ;) w dzisiajszych czasach to się chwali. pozdrawiam ;)