Archive for listopad, 2006

Odcinek 2.

    Idę dalej. Nie ma sensu tutaj stać. Jeszcze ktoś pomyśli, że zwariowałem. Wezwą karetkę i mnie zabiorą. O jak fajnie. Poznam lekarza. A może nawet pielęgniarkę i salowego. Jest też możliwość, że spotkam tam innych ludzi, takich jak ja: szukających innych ludzi.
    Stoję tak już przez chwilę. Nikt się nie zainteresował. Nic ich nie obchodzę. Położę się, zacznę im przeszkadzać. Może wtedy mnie zobaczą. Nie, wtedy mnie podeptają, jak chodnik. A idźcie sobie! Nie potrzebuję was. Po prostu idźcie! Ale tutaj nikt nie chodzi.. W końcu to przystanek autobusowy. Wszyscy tutaj stoją i czekają na autobus. Co ja ich obchodzę? Ale zaraz,, zaraz. Może ktoś się mnie o godzinę spyta? Tak! Przecież mam zegarek. Postoję chwilę i ktoś na pewno się mnie o godzinę zapyta. A wtedy ja znienacka zacznę rozmowę.
    No i stoję jak kretyn. Nikt nie zagadał. Bo i po co? A może tak podwinąć rękawy? A wtedy na pewno będą widzieć mój zegarek. Ale nie. Pewnie pomyślą, że jestem jakimś napakowanym dresem, i że prędzej chcę kogoś skopać, niż powiedzieć która godzina. Boją się mnie biedni. Z drugiej strony jednak, mam zegarek. Ale nie. Wszyscy mają własny.. Pewnie także im imiona nadali:
„-Cześć Czesiek! Która godzina?
-Zaraz spojrzę na Marka i Ci powiem.”
Co za ludzie! Nie dość, że bez kultury, to jeszcze niewyobrażalnie głupi. Nie wytrzymam z tymi ludźmi. Jak oni tak mogą? Z drugiej jednak strony, może oni czują się samotni? Nie mają przyjaciół, to nazywają koty, psy, rzeczy martwe imionami, żeby nie czuć się samotnymi. Pewnie nie umieją pójść na miasto i zagadać. Żal mi ich.
-Przepraszam. Która godzina?
Zapytał mnie ktoś. Mnie! Jak to możliwe? Dobra! Nie czas na dygresje. Muszę szybko odpowiedzieć i rozpocząć rozmowę.
-14:01 Ale czy nie uważasz, że sierpniowe słońce przypieka dzisiaj kwiaty zbyt mocno?
Popatrzyła się na mnie bardzo dziwnie. Czyżbym miał krostę na nosie? A może na czole? Albo nie! Moje włosy są nie ułożone! Tak! To na pewno to. Ale nie. To na pewno nie to. Mam czapkę na głowie, więc to na pewno nie to.
-Dziękuję bardzo.
I szybko odeszła. Jak ona śmiała? Czyżbym był dla niej aż taki brzydki? Ci ludzie! Chamscy, głupi, bez kultury i co gorsza, bez gustu! Nie wytrzymam z tymi ludźmi. Ale zaraz. Jaki ja jestem głupi! Ona mogła nie zrozumieć mojej intelektualnej mowy. Pewnie nie wiedziała co ja mówię, przestraszyła się i uciekła. Przestraszyłem ją. Żal mi tych płochliwych istot. Ciężko pewnie było jej uciekać przez te zaspy śniegu.. W końcu grudzień jest. Lubię śnieg, ale ktoś w końcu powinien naprawić ogrzewanie w dworze, bo wytrzymać z zimna nie mogę.
    Przyjechał autobus. Ludzie wsiadają. Kasują bilety. Teraz jest duży tłok, więc pewnie będą musieli kogoś poprosić, żeby skasował im bilet. Ale to jest myśl! Mogę tak zrobić. To będzie dobry powód, aby zacząć rozmowę. Wchodzę!
Nie widzę nic poza ludźmi. Człowiek tu, człowiek tam. Wszyscy ściskają się. Nie widzę kasownika, a nawet gdybym widział, to nie mógłbym podnieść ręki. Nam na to niezawodny sposób:
-Dobra! Teraz kto mnie za tyłek maca?
Powiedziałem głośno. Zadziwiające, że ludzie ściśnięci na maksa mogą się ścisnąć jeszcze bardziej. I już mam 1 metr luzu w koło. Gdybym sobie pierdnął, a zapach byłby bardziej morderczy niż cyklon B, to wszyscy by twardo stali i udawali, że nic się nie stało. Ale gdyby pierdnął głośno, choćbym pierdnął odświeżaczem do powietrza, to będę miał miejsce (testowane na ludziach). Ludzie śmieszni są, naprawdę.
    O!. Widzę kasownik. Wyciągam bilet i podaje jakieś kobiecie przy kasowniku. I czekam. Czekam. Nadal czekam. Stoję jak kretyn z ręką w górze i nic.
-Przepraszam. Czy mogła by mi pani skasować bilet?
-Aaa… Pan chciał bilet skasować…
Nie. Ćwiczę podnoszenie ciężarów małą kartką papieru. Czy ludzie nie mogą się domyślić?
-Proszę.
Oddała mi skasowany bilet.

Zwykłych spraw

Są dni
Których nie chce się przeżyć
Są słowa
Których nie chce się wypowiedzieć

Są ludzie
Których pomimo wszystkich wad
Po prostu trzeba znać

Czemu nikt nie chce być takim człowiekiem?
Czemu wszyscy chcą
Być normalnym w normalnym świecie
Normalnych spraw

Być zwykłym w zwykłym świecie
Zwykłych spraw

Rozdział 1 – Sztuka chodzenia – Odcinek 1

    Idę sobie ulicą. Nie wiem po co to robię. Po prostu chodzę sobie. Co dziwniejsze, spotykam ludzi. Tak sobie chodzą, palą. Szukają swojej drogi, albo nią kroczą. Ludzi można spotkać wszędzie. W sklepie, w barze, czy też w domu w którym się mieszka. Świat jest pełen ludzi. Ciekawe skąd oni wszyscy się wzięli? Słyszałem, że bocian przynosi niemowlaki do domu rodziców. Przy kilku bilionach ludzi na świecie (słyszałem, że to nie przesada z tą ilością!), to ten bocian musiał się kurewnie dużo napracować. Słyszałem także, że rodzice niemowlaków szukają w kapuście. Przy tylu ludziach, to musiało być naprawdę duże pole kapusty. Jak oni tam się przed zającami bronią? Ale nie. Nie ma sensu o tym myśleć. I tak za to chleba nie dostanę.
    Ludzi można spotkać wszędzie. W sklepie, w barze, czy też w domu w którym się mieszka. Wszyscy ludzie sobie chodzą po dworze. Dziwne to jest uczucie, kiedy widzi się tyle nieznajomych twarzy. Po prostu się idzie, chce się zagadać. Ale nie. To nie moja sprawa. Nie moi znajomi. Podejdę. Spytam się:
-Przepraszam, która jest godzina?
Co to za pytanie: „która jest godzina?”? Czy nie mogę zapytać: „jak masz na imię?”. Nie, nie mogę. Od razu zostanę uznany za natręta, lub zboczeńca. Ludzie są tacy nie zdolni do zaznajomienia się. A może ja jestem tylko zwykłym samotnym człowiekiem, jak wy?
- 13:30
Odpowiedział. 13:30? Co ja tu robię o tej porze? Powinienem być w pracy. Ale nie. Nie jestem. Czemu wy wszyscy nie jesteście w pracy? Do szkoły może chodzicie, co? A może po prostu nie macie pracy? To takie proste poznać kogoś w pracy. Znasz bo musisz. Ale z drugiej strony, jak kogoś przestaniesz lubić, to i tak musisz go znać. A może, takich ludzi, których nikt nie lubi, ktoś inny zwolnił? Oni wszyscy tutaj na ulicy… Dlatego są tu na ulicy, a nie w pracy! Ktoś ich zwolnić musiał. Odejdź! Nie chcę cię znać, skoro inni też nie chcą. To się nie godzi, żebym znał kogoś, kogo inny nie chcą znać. Tak być nie może!
    Odszedł.
Jak on tak mógł?! Odszedł bez pożegnania. A przecież rozmawialiśmy. To mógł być początek znajomości. A nawet przyjaźni. Ale nie. Powiedział co miał do powiedzenia i poszedł. Pewnie teraz nawet mi suchego „dzień dobry” nie powie, jak się znów spotkamy. Co za chamstwo i brak kultury! Nie! Zdecydowanie nie chcę go znać!
    Ale do kogo ja teraz pójdę? Do kogo ja się teraz odezwę? A może odwrócę się i zacznę go gonić? Dogonię go i poproszę, żeby mi kawał opowiedział. Ale nie. Pewnie pomyśli, że gonię go, żeby mu komórkę ukraść. Jak zobaczy mnie biegnącego, to ucieknie. To może pójdę szybko po cichu? Nie zdąży uciec. Ale nie. Jak po cichu od tyłu do niego podejdę i wtedy zagadam, to nie ucieknie. Po prostu się przestraszy. Jeszcze umrze ze strachu na miejscu i co ja powiem policji? „To była samoobrona panie policjancie!” Nawet sąd mi nie uwierzy.
    Choć z drugiej strony, mógłbym poznać jakiegoś miłego pana policjanta. Z nim mógłbym się zaznajomić, zaprzyjaźnić. Ale nie. Policjant nie będzie chciał znać mordercy. Nawet z przypadku.
    A z resztą tamten i tak już zniknął. Ciekawe jak miał na imię? Może Zdzisław? Może Adam? Albo Hieronim? Wiem! Miał na imię Hildegarda! Nie, tak już nikt się nie nazywa. A jeśli się tak nazywa, to pewnie się tego wstydzi. Za rodziców się wstydzi. Pewnie byli pijani, kiedy nadawali mu to imię. I dobrze, że uciekł! Nie chciałbym znać kogoś, kogo rodzice są alkoholikami. Ja to jednak mam szczęście. Choć trochę mi żal tego Hildegardego. Mieć takich rodziców to nie lada problem dla młodego człowieka. Ale w sumie, to nie moja sprawa. Życzę ci jak najlepiej Hildegarda. Bądź zdrów i pozdrów rodziców!

Don’t feel the reaper

I was walking thru my skull
I saw there people who
Like to swim river of hate
River with way to nowhere

People who
Didn’t fear at all
Fear of flight
High
And fall

People who
Don’t feel the reaper

Ale kto by chciał je poczuć?

Ja nie piję ludzkiej krwi
Bo i po co?
Ja nie dławię się waszymi głowami
Myślami
To wszystko
to tak naprawdę nie ja
Ja tylko pluję własnym sercem
Ale kto by chciał je poczuć?