Archive for grudzień, 2007

Trochę zmysłu

Siedzieli w restauracji całą paczką. Trzech mężczyn i dwie kobiety. Wszyscy ubrani schludnie jak na XX wiek. Jedli przy jednym stole w milczeniu. Aż w końcu jeden z wojowników zaatakował drugiego widelcem. Rzucił nim po prostu. Drugi się nie uchylił. Widelec po prostu sam ominął swój cel. Drugi nie chciał być dłużny. Skoczył jednym susem na stół i kopnął pierwszego. Ten odsunął krzesło i uniknął ciosu. Czas najwyższy był, aby wstać. Więc pierwszy zamiast to zrobić, wskoczył pod stół i wywrócił stół. Drugi jednak miał na tyle dobry refleks, aby skoczyć na równe nogi. Zaczęła się walka na pięści i bloki. Nigdy nie byłem dobry z opisywaniem walk, więc oleję ten moment. 5 minut później żaden z zawodników nie dawał po sobie znaku zmęczenia. Bili się dalej, choć obydwaj byli już spoceni jak świnie. Nie chciało im się już ruszać z miejsca, więc atakowali telekinezą. Po chwili drugi rzucił pierwszym. Przeleciał przez całą restaurację i walnął nią o ścianę. (Wybaczcie mi ten żart, nie umiałem się powstrzymać. Pozdro dla Yody i Elo ziomków.) Zatem wracając do sedna sprawy, to drugi leżał oparty o ścianę. Był już we krwi, zanim pierwszy do niego podszedł. Chciał zacząć kopać, ale pierwszy kopniak został zablokowany ręką drugiego. Uścisk był tak mocny, że pierwszemu szybko udało się uwolnić nogę. Drugi w końcu wstał, spocony, pokrwawiony i głodny. Zaczął atakować nie werbalnie, czyli mętalnie. Patrzał pierwszemu w oczy. Wszedł w jego umysł. W jego marzenia, pragnienia i wspomnienia. Poczuł jak pierwszemu się pierwszy ząbek wyżyna, a potem mu wypada. Poczuł… Dobra, szczegóły z życia pierwszego ominiemy. Drugi był już w środku. Czuł to co pierwszy, wiedział to co pierwszy. Byłą to technika ataku równie niebezpieczna dla atakowanego jak i atakującego. Brakowało tylko 15 sekund, aby drugi zabił pierwszego. Wystarczyło znaleźć ten najsłabszy punkt w ludzkiej głowie. To co każdy z nas ma i czego się boi. Wystarczyło jeszcze 14 sekund. Wtedy przerwał i wyszedł.

A gdzie wtedy byli ludzie?

Młode orły

[ona] Dam ci się przelecieć.
Siedziałem wtedy na ziemi, oparty o ścianę. Ona na prostych nogach schylała się tak mocno, że mogła mnie pocałować. Jej całkiem ponętne cycki zwisały jej tak, że pierwszy raz w życiu żałowałem, iż laska nie miała dekoltu. Cholerny sweter…
[on] Nie.
[ona] Jak to nie? Przecież od razu widzę, że zareagowałeś.
Niektórych rzeczy po prostu nie idzie powstrzymać. Taka już natura faceta, że nie ma władzy nad sobą samym.
[on] To, że ciało się cieszy, nie znaczy, że rozum tego samego chce.
[ona] A tam, pierdolisz…
Uśmiechnąłem się gorzko. Osoba stojąca tak blisko, była tak mi daleka.
[on] Gdybym pierdolił, to by cię tutaj nie było.
[ona] Seks jest przecież fajny.
Tak. Dla ludzi, którzy z niego korzystają.
[on] Nie wiem, nie próbowałem.
[ona] No właśnie! To chodź spróbuj ze mną!
Pierwszy raz się spotkałem z takim uporem w tak błachej sprawie.
[on] Ale ja nie chcę…
[ona] Jak nie chcesz? Przecież ty o tym marzysz!
Czasami chciało by się stworzyć słowo oznaczające „tak” i „nie” równocześnie.
[on] Wiesz czym się różni marzenie od pragnienia? Pragnie się na chwilę. Zaspokaja się też na chwilę. Marzenia są za to długotrwałe. Długo się marzy, długo się marzenia spełnia i długo się z nich cieszy.
[ona] Czasami za długo.
A czasami za krótko, by się niby nacieszyć.
[on] Ale o co ci w ogóle chodzi? Czemu tak bardzo chcesz mnie przelecieć?
[ona] Bo jest mi ciebie żal.

[on] Aha. To fajny powód, żeby dać dupy.
[ona] Za to ty nie masz fajnego powodu, by jej nie dać.
Miałem ponad milion powodów. I wszystkie gryzły się nawzajem.
[on] Nie mam także fajnego powodu, aby żyć. A jakoś jeszcze sobie nie strzeliłem w łeb.
[ona] Dzięki mnie, będziesz miał o czym pamiętać.
[on] Dzięki tobie, nie będę potrafił zapomnieć.
[ona] Aha. A co by było, gdyby łzy potrafiły się śmiać?
Zniknęła, a ja się obudziłem. Co chciałem powiedzieć, przez tą narracje? Może nic nie chciałem. Albo po prostu jestem chory?