Siedzieli w restauracji całą paczką. Trzech mężczyn i dwie kobiety. Wszyscy ubrani schludnie jak na XX wiek. Jedli przy jednym stole w milczeniu. Aż w końcu jeden z wojowników zaatakował drugiego widelcem. Rzucił nim po prostu. Drugi się nie uchylił. Widelec po prostu sam ominął swój cel. Drugi nie chciał być dłużny. Skoczył jednym susem na stół i kopnął pierwszego. Ten odsunął krzesło i uniknął ciosu. Czas najwyższy był, aby wstać. Więc pierwszy zamiast to zrobić, wskoczył pod stół i wywrócił stół. Drugi jednak miał na tyle dobry refleks, aby skoczyć na równe nogi. Zaczęła się walka na pięści i bloki. Nigdy nie byłem dobry z opisywaniem walk, więc oleję ten moment. 5 minut później żaden z zawodników nie dawał po sobie znaku zmęczenia. Bili się dalej, choć obydwaj byli już spoceni jak świnie. Nie chciało im się już ruszać z miejsca, więc atakowali telekinezą. Po chwili drugi rzucił pierwszym. Przeleciał przez całą restaurację i walnął nią o ścianę. (Wybaczcie mi ten żart, nie umiałem się powstrzymać. Pozdro dla Yody i Elo ziomków.) Zatem wracając do sedna sprawy, to drugi leżał oparty o ścianę. Był już we krwi, zanim pierwszy do niego podszedł. Chciał zacząć kopać, ale pierwszy kopniak został zablokowany ręką drugiego. Uścisk był tak mocny, że pierwszemu szybko udało się uwolnić nogę. Drugi w końcu wstał, spocony, pokrwawiony i głodny. Zaczął atakować nie werbalnie, czyli mętalnie. Patrzał pierwszemu w oczy. Wszedł w jego umysł. W jego marzenia, pragnienia i wspomnienia. Poczuł jak pierwszemu się pierwszy ząbek wyżyna, a potem mu wypada. Poczuł… Dobra, szczegóły z życia pierwszego ominiemy. Drugi był już w środku. Czuł to co pierwszy, wiedział to co pierwszy. Byłą to technika ataku równie niebezpieczna dla atakowanego jak i atakującego. Brakowało tylko 15 sekund, aby drugi zabił pierwszego. Wystarczyło znaleźć ten najsłabszy punkt w ludzkiej głowie. To co każdy z nas ma i czego się boi. Wystarczyło jeszcze 14 sekund. Wtedy przerwał i wyszedł.
A gdzie wtedy byli ludzie?