Archive for May, 2008

Dlaczego

Siedział przy biurku. I pisał. Po prostu tworzył poprzez pióro parę wyrazów. Tak od paru chyba godzin. Tak od niechcenia. Wstała jego matka, albo żona, albo nawet siostra. Wstała, bo było wcześnie. Zobaczyła, że siedzi przy biurku. I pisze. A kartki spod jego rąk startowały i wylatywały w powietrze. Latały po pokoju. Nigdy i nigdzie nie lądowały. Nie kończyły się. Po prostu latały. A on pisał. Jak wieczne pióro było rzeczywiście wieczne. Jego ręką nie czuła zmęczenia. Jego umysł nie czuł niczego. Ona podeszła, żeby pooglądać to, czego nie umiała pojąc. On zresztą też nie umiał. Bo i po co? Robił to co chciał i nie przestawał. Nie pamiętał, po prostu tworzył słowa.
[Ona] Co to?
On przerwał na chwilę. Nie zrobił tego nigdy więcej.
[On] A czy to musi coś być?
I rozpoczął pisać od nowa.
[Ona] Która jest godzina?
[On] Nie wiem. Nie kładłem się spać.
Wtedy powstał strach. Nikt niestety nie wie, czy był to strach spowodowany troską o niego, czy strach przed tym, aby ona nie była zła. Ale to i tak nie ważne. Strach powstał. Narodził się z niczego. I rósł w siłę. Mógł niszczyć, mógł zabijać, mógł przejąc kontrolę. Ale nie zrobił tego, po prostu się ulotnił. I poczuł się dumny.
[Ona] Ale ty tak nie możesz zarywać nocy!
Gniew się narodził. Gniew silniejszy od strachu. Strach ucieka, a gniew nie celuje. On po prostu jest. I w odróżnieniu od strachu, gniew chce niszczyć. Gniew chce być tutaj razem z nimi. Ale nie wie, że to oni go trzymają, tak samo jak on ich. I nie puszczają. Są zbyt silni. Ale o kim tak naprawdę mówię? Przecież nie o sobie. Gniew uleciał. Nie ze strachu. Nie dlatego, że chciał. Po prostu nie miał już sił. Nie miał już niczego.
[On] Nie potrzebuję dnia, aby pisać. Nie potrzebuję czasu, aby tworzyć. Nie potrzebuję papieru, aby się unieść ponad tych wszystkich ludzi.
Smutek nadszedł. A z nim przyszedł płacz. Przyszła też bezsilność. Oj nie, smutek nigdy nie jest sam. Może powstać z samotności, ale nigdy nie jest sam. Towarzysze jego tak samo silni jak on sam. Ale nigdy nie żyją bez smutku. A kiedy trzy silne ręce ściskają jedno gardło, to pętla na szyi jest już nie potrzebna. Strach już tu był, a gniew niczego nie zdziałał. I on już nigdy nie stworzy niczego prostego. Nie chce on.
[On] Nie spełnione oczekiwania.
[Ona] Nie chciana ozdoba.
[Strach] Nie zostawiajcie mnie.
[Gniew] Nie ratujcie mnie.
[Smutek] Nie chcę wracać.
[Płacz] Nie ma mnie tutaj.
[Bezsilność] Nie obchodzi mnie to.
[Kartka] Nie wiem co mam powiedzieć.
[Słowo] Nie wiem co znaczę.
[Pustka] Nie! I nie na tym będzie koniec.

Wyciągnęła rękę i złapała jedną kartkę. Ścisnęła i przeczytała. „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” Tak samo wzięła następną kartkę i przeczytała: „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” I czytała tak długo, bo kartek było wiele. Latały jak ptaki. I nigdy nie lądowały. Przemyślała w końcu i powiedziała.
[Ona] Czemu ty tak właściwe to piszesz.?
[On] Żeby zapomnieć.
[Ona] O czym?
[On] O tym, że słyszę głosy.
Strach się przestraszył i uciekł. Gniew się rozlał po całym pomieszczeniu i wyparował. Smutek poszedł na wesele i nikt go już więcej nie widział. Płaczu nigdy nie było, przecież mówiłem. Bezsilność się zmieniła. Ewoluowała. A teraz nikt nie wie jak wygląda. Kartki w końcu się skończyły i odleciały. A tak bardzo chciał je mieć tylko dla siebie. Słowa są w każdym z nas, więc to tak jakby ich nigdy nie było, prawda? Pustka pozostała. No bo gdzie miała by iść, skoro wszędzie jej pełno?
A co z nim i nią? On chciał być pisarzem, jej nie musiało w ogóle być. On miał marzenia, ona była jednym z nich. Maszyna do pisania? Nie! Człowiek za którego słowa, spisane na kartce, pisane z bezsilności, w płaczu i smutku. Słowa pisane w gniewie i strachu. I tylko trochę nadziei. Która starczała na tak długo i tak bardzo walcząca ze strachem, gniewem i bezsilnością. A co z pustką, która też nadzieją była? Czemu nie płacze biedna?

I wtedy sen się skończył. Pytanie tylko czyj to był sen. I skoro się skończył, to czemu nikt się nie obudził?

Był sobie ziom

Był sobie facet. Taki, jakich wielu. Po prostu sobie był i tyle. I niech mi nikt tutaj nie marudzi. Po prostu facet, dobrze? Zrozumiano?! No! Koniec i kropka. A zatem (bo słyszałem, że „a więc” jest złe, nie dobre i w ogóle fuj), ziomuś chciał sobie zrobić jeść. I nie zgadniecie, co zrobił. Nie zgadujcie! No już! A zresztą… Poszedł do kuchni. Tadam! Koniec wielkiej tajemnicy. Zagadka się nie udała, wiem, ale co z tego?
A właściwie o czym ja to… A! Już wiem, ziomica chciała sobie zrobić test ciążowy… A nie, chwila. To był ziomek. Ale czemu on chciał zrobić sobie test ciążowy? A może on nie chciał zrobić sobie testu ciążowego? Przyjmijmy, że poszedł do kuchni zrobić sobie jeść. Wszedł zatem do kuchni. Otworzył lodówkę. Zobaczył przestrzeń. Zrobiło mu się trochę chłodno. Ale to chyba normalne. W końcu jak się myli lodówkę z oknem w środku srogiej zimy, to może się zrobić trochę zimno. Do tego tłumaczy to tak dużą przestrzeń w lodówce. Cóż, nadszedł czas, odkręcić gaz… Znaczy tfu! Zamknąć okno! Bo trochę wieje.
Ale o czym ja to? E… Mmm… Hmmm… Wiem! Lodówka. Ziomuś w końcu zamkną lodówkę, które było oknem i takie tam. Znalazł w końcu lodówkę. Udało się. W końcu w tej kuchni, jest tylko jedna lodówka. I co go zaatakowało z tej lodówki? Nie uwierzycie! Jak tylko tą lodówkę otworzył, to zaatakowało go ogromne… (fanfary proszę) … NIC! Pusta lodówka nie napawała optymizmem. Co gorsza, pusta lodówka nie nakarmi. A szkoda. Trzeba poszukać dalej. Pierwsza szafka, nic. Druga szafka, nic. Trzecia… O! Tu coś jest. Ziomuś cały szczęśliwy i w skowronkach. W końcu tydzień zajęło mu szukanie swojego portfela. A on po prostu bezczelnie sobie tutaj tak leży. Cóż, niech sobie leży dalej. Nie jest teraz potrzebny.
Coś się chłodno zrobiło. Albo to deja vu, albo coś często się tu zimno robi. Co to może być? Okna nikt nie otwierał, ani nic. Hmmm… Mmm… E… I w ogóle… No przecież! Nikt nie zamknął lodówki! Jak ktoś mógł zamknąć lodówkę, jak o tym nie napisałem? No kto? Ziomuś naprawił swój błąd. I dobrze, bo nie chce mi się po polar iść.
Ale coś tu pusto ziomuś ma w tym swoim domu. Nie uważacie? Pewnie myślicie, że biedny. Pewnie uważacie, że nie dba się. Ale nie, to nie jest żaden student. Po prostu żona wyjechała. No ale przecież, zostawiła jedzenie. Powinno gdzieś tutaj być. Jest! Ale kto by pomyślał o tym, żeby kanapki trzymać w tym drewnianym pudle. Jak ono się nazywał… Hmmm… (resztę już znacie) Wiem! Chlebak! Ziomuś tak patrzy, myśli… Kiedy miesiąc temu, żona gotowała, to wszyscy dostali sraczki (biegunki). Kiedy 3 tygodnie temu żona gotowała, to wszyscy się porzygali (zwymiotowali). Kiedy tydzień temu żona gotowa, to w sumie nic się nie stało. Nie licząc psa, który miał sraczkę (biegunkę), wymioty (rzygał jak kot?) i jakoś dziwnie wyglądał. Jakoś takoś… Zielono… Ale to chyba tylko dlatego, że jako jedyny, nie udawał, że nie jest głodny.. Tak to jest, że psy, którym się daje jeść raz w tygodniu, mają słabą psychikę. A może on po prostu próbował się zmierzyć z tą groźbą śmierci? Taki psi sposób na dreszczyk emocji.
Ale wracając do zioma, a zostawiając w spokoju jego psa (niech spoczywa w spokoju). Ziomuś się zreflektował i wyciągnął szybką zupkę. Taką w stylu zalej i sobie zjedz z dopiskiem „Tylko się nie udław, Mamy jeszcze milion takich zupek do sprzedania, Ktoś to musi zjeść” małym druczkiem.
Teraz pewnie myślcie, że ziomek kopnie w kalendarz na zawał serca. Albo, że udławi się tą zupką. Ale nie, jestem od was lepszy i nie dam wam tej satysfakcji. Nie będzie nawet sceny, w której ziomek się wiesza, a w liście pożegnalnym pisze: „Nie umiałem przeczytać instrukcji na opakowaniu, więc nie umiałem sobie zrobić szybkiej zupki. Nie chciało mi się czekać na śmierć głodową, więc się powiesiłem. Nie zapomnijcie karmić mi rybek!”
To było tak: ziomek się poślizgnął, rozwalił głowę o kant stołu. Potem rozwalił głowę o rączkę z szuflady. Potem o rączkę z drugiej szuflady. Potem o rączkę z trzeciej szuflady. A potem dopiero o kafelki. Zakrwawił całą kuchnię. Krew lała się strumieniami. A ziomuś zmarł, bo zadławił by się własną krwią. A szkoda, teraz ktoś inny będzie musiał umyć kuchnię.
Ale spoko, poszedł do nieba. I nie martwcie się, nie był tam sam. Zupka poszła razem z nim. A ja tam byłem. Pod stołem leżałem. I udawałem, że moja głowa nie istnieje. Taka impreza była. Szkoda tylko, że musiałem wytrzeźwieć, aby wujka pochować.