Archive for the 'Bez kategorii' Category

Stopniowo rezygnuję z GG

Po przeczytaniu tego krótkiego artykułu postanowiłem zrezygnować z GG. Ale jednak nie martwcie się, nie stracicie ze mną kontaktu. Będę usuwał ludzi z listy GG, jeśli będę miał do nich kontakt w inny sposób, np.: Google Talk, Tlen, Skype, Jabber lub inne XMPP. W większości będę o tym informował, ale nie zawsze, więc nie zdziwcie się, jeśli przestane się wam pokazywać na dostępnym na GG.

Tych co nie mam kontaktu, to będę prosił o takowy.

Dla tych co jeszcze nie mają:
Skype: msocek
Google Talk, Tlen, Jabber i inne XMPP: msocek@gmail.com

Odpowiedź na “Martin mutuje chomika”.

Obejrzałem bardzo ciekawy filmik w którym Martin Lechniewicz próbuje udowodnić, że Teoria Ewolucji jest błędna. Oto moja odpowiedź na ten filmik.

Po pierwsze: teoria ewolucji NIE ZAPRZECZA ISTNIENIA BOGA! W Biblii prawie każda liczba jest symbolem. Na przykład 7 jest symbolem doskonałość (dlatego Jezus powiedział, że mamy przebaczać nie 7, a 77 razy). Dlaczego zatem “jeden dzień” w stworzeniu świata nie może być symbolem? W Biblii jest napisane, że Bóg stworzył ziemię, niebo, zwierzęta i człowieka. Ale nigdzie nie jest napisane jak to zrobił. Mógł to zrobić w mgnieniu oka, a mógł to robić przez kilka bilionów lat. Mógł to zrobić “od razu”, a mógł to zrobić kroczek po kroczku przez mutacje. Powtarzam: nigdzie w Biblii nie jest napisane JAK Bóg stworzył człowieka.
Pierwszą rzeczą na udowodnienie teorii ewolucji jesteśmy my sami z naszymi rodzicami. Każdy z nas ma “coś po ojcu” czy tam matce. Ale każdy z nas ma też coś swojego w swoim ciele. Innym przykładem są murzyni. Ludzie którzy żyją w klimatach bardzo gorących przystosowują sie do tych klimatów. Murzyni zmienili kolor swojej skóry, dzięki czemu lepiej znoszą cieplejsze klimaty.
Tak naprawdę rzadko kiedy mutacje przychodzą przypadkiem. Ale jednak się zdarzają. Na wykopie można było swego czasu przeczytać artykół o rodzinie, która nie odczuwałą bólu. Ciekawa mutacja, jednak w ogóle nie przydatna. Osoba nie czująca bólu nie wie kiedy z jej organizmem dzieje się coś złego. Cała rodzina już wymarła, bo nie wiedząc, że dzieje się coś złego umierali. I już nikt z tej rodziny nie żyje. I to jest dobór naturalny. Dobór naturalny NICZEGO NIE PORÓWNUJE. Jest to zjawisko w którym słaby umiera, a silny przeżywa.
I nie ma tak, że “nowy chomik jest lepszy od starego”. Jeśli obydwa chomiki są na tyle silne, aby przeżyć, to żyją dalej. Dlatego mamy tyle gatunków małp. Dlatego mamy tyle rasów psów.
Do tego nigdy nie ma tak, że “jedna mutacja” nie ma znaczenia. Zawsze ta mutacja czemuś służy. Jak jest bezużyteczna to się powoli zatraca, jak jest potrzebna, to jest rozwijana.
Następna rzecz: nawet człowiek ma w sobie pewien narząd który jest mu w ogóle do niczego nie potrzebny. Narząd nazywa się “Wyrostek robaczkowy”. Lekarze nie wiedzą po co on jest, a naukowcy uważają iż kiedyś był potrzebny, ale teraz nam już nie jest potrzebny. Prawdopodobnie to spóścizna po naszych przodkach.

Planowanie drogie i tanie

Nie znam autora tego tekstu, ale jak cholernie trafnie opisuje pewną sytuację w której teraz uczestniczę. Pisownie zostawiłem taką jaką dostałem (nie wiem czy to pisownia oryginalna).
Tylko czyim w koncu obowiazkiem jest ocena ryzyka i kosztow: zatrudnianej dopiero osoby czy tego, co ja zatrudnia zeby zrealizowac projekt? W praktyce wyglada to tak, ze zglosi sie zapewne kilku chetnych. Dostana jakies niejasne wymagania i wizje projektu i beda musieli wymyslic jakis kompromis pomiedzy prawami natury a ambicjami pomyslodawcy. Znamienny jest na przyklad fakt, ze jezyk programowania zostal juz wybrany. Ci najlepsi i najbardziej doswiadczeni byc moze zgadna, na podstawie podobnych projektow w ktorych uczestniczyli jak mozna cos takiego zrobic, co ma szanse dzialac i ile czasu i zasobow to zajmie. Zostana natychmiast odrzuceni ze wzgledu na zbyt wysokie wymagania. Wybrany zostanie najbardziej optymistyczny, "najtanszy" projekt, przygotowany przez mlodego i ambitnego czlowieka, ktory nastepnie przez kilka kolejnych lat dorobi sie wrzodow probujac to zrealizowac, przekraczajac budzet, wszelkie terminy i zmuszajac wszystkich do nadgodzin i rezygnacji z zycia osobistego. Na koncu wszystko bedzie oczywiscie wina kierownika. Przepraszam za pesymizm. Mam nadzieje ze sie myle.

Kiedy zaczynam pisać, nikt nie wiem czy uda mi się skończyć. Teraz nie wiem. Chcecie abym skończył z wami?
Adam dotknął klamki szkoły. A za nim stał Marek i go zatrzymał.
- Jesteś pewny? – spytał Marek.
- Nie. Nigdy nie byłem pewny. Ale przeszkadza ci to?
- Nie wiem.
Dzień był piękny, słoneczny, a szkoła duża. Dwustu uczniów. Marek z shotgunem, Adam z kałachem. I to Adam dotknął pierwszy klamki. On zginie pierwszy.
- Nie boisz się? – spytał Marek.
- Człowiek boi się wtedy, kiedy może zginąć. Nie boi się wtedy, kiedy jest pewny, że zginie.
- To po co?
I weszli. Zobaczyli korytarz w którym było mnóstwo drzwi. Trwała lekcja, więc weszli do pierwszej, lepszej klasy i strzelili jednemu dziecku w głowę.
- Wszyscy wychodzić! – krzyknął Adam.
I oni posłusznie wychodzili, depcząc ciało zmarłego kolegi. I tak do wszystkich klas, na wszystkich piętrach. I wszędzie było pełno ciał, krwi i łez. Bo dzieci płaczą, kiedy się do niech strzela. A to była dziwna szkoła. 200 dzieci, choć teraz już jakieś 186. Wszystkie dzieci stały na korytarzach. Pod ścianą. Miały po 10 lat. Adam i Marek po 25. I nadal biegali z bronią i krzyczeli.
- Pod ścianę! Pod ścianę! Nie odzywać się! Nie płakać! – krzyczał Adam.
I tak biegali. Aż w końcu jeden chłopak się złamał. Nie nerwowo. Po prostu kręgosłup mu się złamał i upadł. A kręgosłup mi z tyłu zaczął zwisać. A przynajmniej to co z niego zostało. Podbiegł do niego Marek. Chciał mu pomóc. Postawić na miejscu.
- Zostaw go! – krzyknął Adam. – Nie możesz go dotykać! Bo będziesz taki jak oni.
- A klamka?
- Dla mnie nie ma już ratunku, tak jak dla tej klamki w drzwiach.
Adam podszedł do resztek dzieciaka. Strzelił kałasznikowem mu w głowę. Wtedy inne dziecko wyszło z szeregu, wyciągnęło pistolet i jednym strzałem rozwaliło głowę Adama. Mówiłem, że zginie pierwszy.
- Nie wyjdziecie stąd. – powiedziało dziecko
Bo żadne z tych dzieci, mimo, że martwe, nie umarło. One już były martwe. Każde z nich było zombie. I teraz ścigały Marka. A szkoła iście dziwna, bo bez nauczycieli była. Więc Marek zaczął strzelać. Jeden strzał, jedne flaki więcej. Pełno zaschniętej krwi w żyłach mieli, mózgi plamiące ściany i dzieci zupełnie nagie, śmierdzące i zgniłe. A co gorsza, poruszające się. Gonili Marka, który miał tylko 7 naboi.
To czemu płakały, skoro to dzieci zombi? Bo ich oczy, podczas gnicia, wysychają, poprzez strużkę łez. Tak im oczy wychodzą na wierzch.
Marek wyciągnął miecz z za pazuchy. I ciął to, czego nie mógł już zastrzelić. Do tego nadal uciekał. Bieg przez korytarz pełen dzieci zombi w stronę wyjścia. Widział je. Czuł wiatr, bo drzwi zostawili otwarte. Cieszył się, bo wiedział, że zdoła dobiec do drzwi. A za drzwiami urocza wolność. Poza szkoła nie byłą tego koszmaru. Nie było dzieci zombi. Choć, były inne szkoły dzieci zombi. Jeszcze tylko 10 metrów, czyli jakieś siedmioro dzieci to zarżnięcia. Ciął i ciął. I przeciął sobie drogę do drzwi. Jeden krok i będzie wolność. Marek złapał za drzwi i je zamknął, potem zaryglował i zniszczył tak, aby nie można był ich otworzyć. Bo on nie chciał uciekać.
- A teraz wszyscy zginiemy!
I wtedy dzieci go dopadły. I zaczęły zjadać. I tak zginął.

- Ale Adam, o co my walczymy? Przecież nie o to, aby wygrać. Bo nie jesteśmy w stanie zniszczyć wszystkich zombi na świecie. A nawet jeśli, to i tak przyjdą nowi. I na pewno nie o to, aby żyło się lepiej naszym dzieciom. Bo zombi nas nie atakują, tylko my ich. I na pewno nie dla siebie, bo na pewno zginiemy. Więc po co?
- Walczymy po to, aby zginąć w walce!

Szczerze mówiąc nie wiem

Zło nadeszło. Nie ma oczu. Bo po co złu oczy? Zło jest w naszych sercach. Zrozumcie to. Jesteście jacyś dziwni. Kto w ogóle wpadł na pomysł, aby złu dawać oczy?
To był taki motyw z lampą. A ja jestem sobie poduszeczką. Do wypłakania. Ułóż się wygodnie, to może i masażyk zrobię. I ci głowę rozwalę o ścianę. Albo tylko twój umysł wyjmę, pożrę i wypluję.
Czujesz się wypluty? Albo wypluta? Albo wypluto? Pluto to taki pies. A ja dzisiaj styrany wróciłem z roboty. Fajnie było tyrać. Kiedy wypłata? W pieniądzach, kostkach cukru czy szlagach?
Szlagier to taki śląski utwór muzyczny. Chyba. To taka ryba. A ja mam nadzieję, że podoba się wam to co z wami robię.
A co ja robię? Szaleję bez granic. Szał was też ogarnia? Ogień w waszych sercach. Ogień w twoim sercu. Zobacz go i zgaś. A potem rozpal na nowo. Ja tak robię.
A przynajmniej staram się. Mam ochotę, abyś się pogłaskał/a. Wciśnij przycisk, może pomoże.
Dobra, wróćmy do rzeczywistości. A rzeczywiste nie znaczy rzeczowe. Przedmiotowe traktowanie ludzi. To mnie już nudzi. Moją koszule brudzi tyle istnień. A mam w sobie tyle złudzeń. I obłuda. Tylu ludzi się poznało, tylu ludzi się skurwiło. Albo zawsze tacy byli, nie zawsze to pokazując? Ale poszli, przegonieni. Niedoścignieni w swej głupocie. Ich głowy wiszące na moim płocie. Znajdzie sens w tym bełkocie.
Mam zegarek i długopis. Kartki nie mam. A chcę zmienić swoje życie. Rymy skrycie. Fuj.
O kim mogę pomyśleć? O czym? O niczym już nie myślę. Zacząłem szaleć i działać. Czy działam na ciebie? A co ważniejsze, czy działam w tobie? Zostawiam część siebie i uciekam.

Właśnie uciekłem.

Dla Agnieszki 2

Stoję sobie. Sprawdzam godzinę. Godzina jest dobra. Ognisko. Ilu nas tu jest? Pięcoro? Sześcioro. Początki. Jedna dziewczyna. Fajna, ale szczylem jestem. Ale i tak jest fajnie. Jest co wspominać. Mało nas. Ale taki już jestem. I kot co chodzi własnymi ścieżkami.
Znowu sprawdzam godzinę. Godzina jest zła. Jestem sam. Prawie. Kot, się krząta. Ale krząta. To znów krzyczy. I znów krząta. I znów jest. Czuje się bezpiecznie. Coraz bezpieczniej. Aż nagle zabolało. Ale im dalej rzucam, tym mocniej wraca. Niezależnie od niczego i od wszystkiego. Zawsze wraca i mimo, że kiedy go nie ma, to zawsze jest ze mną.
Która to godzina? I znów jest fajnie. Jest nas tu wielu. Ognisko, gitara. Jeden śpiewa, drugi śpiewa. Wiele dziewczyn tu jest. Jednych nazywam przyjaciółmi, innych nie. Ale jestem w tłumie. Pierwszy raz, jestem w tłumie. Kot tu i tam skacze. Nadal potrafi zadrapać. Ale ja też potrafię zadrapać jego. O! I moja niana przyszła. Ale jeszcze nie jest moją nianią. I jest także mój najlepszy przyjaciel. Piękna nazwa, tylko trochę nie szczera. Już raz, może dwa, nie szczera.
Ile mi czasu zostało? Źle mi czas leci. Zostałem okłamany. Przyjaciel? Coś prosty ten przyjaciel. Coś mnie nie słucha, ale nie przejmuje się moimi słowami. Niektórych rzeczy po prostu się przyjaciołom nie robi. Ale podobno się im przebacza. Przebacza. Przebacza. Znowu przebacza? Co jest dla ciebie ważniejsze? Przyjaciel czy twoja niepochamowana rządza? Przyjaźń, czy nie przyjaźń? Ja czy ty? Pierwszy, kurwa, raz?
Patrzę na zegarek. Czasy są ciężkie. Leżę i krwawię. A w około pełno znajomych i nieznajomych. Ale leżę sam. Zupełnie sam. Nie płaczę, wybaczam, ale nie zapominam. Przyjaciel stoi koło mnie, klepie po ramieniu, przeprasza. Ale nie leży koło mnie.
Kiedy to było? Było wtedy fajnie. Była i niania. I kot był. I przyjaciel mój był. Niania już wtedy niania. Mało napisałem o niani. Niech wybaczy, ale to nie o niani dziś chciałem poopowiadać. Nie było śpiewaków, grajków. Nie potrzebowałem ich. Czasami ktoś traci moje zaufanie. Ale cieszę się. Nóż w moim sercu też tam gdzie sobie leży. I niszczy mnie powoli, ale systematycznie. Czasami serce moje wraca. Ale wtedy nóż też wraca. I znowu przestaje się lubić z własnym sercem.
Czy to ja jestem zły? Że nóz celuje w serce? Gdybym wiedział, że to nóż jest zły, może nie trafiałby? Ale co tam, już za późno na gdybanie.
Ile to czasu minęło? Tak szybko z góry czasów w dół? Co ja tu właściwie kurwa robię? Płaczę sobię. Sam? Jest tu kot, jest moja niania jest i mój przyjaciel. Poklepią, ale mimo iż próbują, nie umieją mi pomóc. A może ktoś tu nie próbuje? Ale o co ja w ogóle płaczę? O to, co wiem, że nie dla mnie. Nie przypasowanie. Wiem, że jest złe. Ale nad czymś tu nie panuję.
Jak długo tu siedzę? Nadal jest źle. Nadal są ze mną. Tylko nagle, to ja tu kogoś poklepuję po ramieniu. Ktoś płacze na moim ramieniu. Czasami chciałbym coś w zamian. Nic nie dostaję? Nie wymagam, czekam. Może kiedyś. Może coś. Ale boli nadal.
Nie wiem ile to trwa. Ale czasami złymi i dobrymi było. Aż w końcu, ktoś tu chyba nie pomyślał. Przyjaciel wziął nóż i wbił mi w serce. Przyjaciel? Ale on przecież nic nie zrobił. Fakt, nic nie zrobił, aby być moim przyjacielem. Ale ja przecież tragizuję! Szaleję! Nie przeczę. Ale kiedy z przebitym sercem, nagle dostaje się nóż w plecy, to już nie można zachowywać się normalnie. A miało być tak pięknie.
Ale ja nigdy nie byłem normalny. Ale zawsze miałem zasady. Ale dziś i tutaj, to grzech mieć zasady. A co gorsza, starać się mieć przyjaciół z takimi samymi zasadami. I czasami reaguję alergicznie. I moi przyjaciele o tym wiedzą. Bo inaczej nie są moimi przyjaciółmi, co nie?
Wyłączam maszynę do podrózy w czasie. Wyłączam zdjęcia. Chciałem tylko sobie powspominać.

Darmowe przytulanie – Dzień kultury ulicznej

Dnia 19 czerwca 2009 odbędzie się Dzień Kultury Ulicznej. Ja będę tam z ramienia TGFu. Będę miał zadanie trochę inne od klimatu TGFu. Otóż w ten dzień, chciałbym zorganizować akcję Free Hugs. Czyli po postu będę popierdzielał z napisem “Darmowe Przytulanie” po ul. Krakowskiej. Zapraszam wszystkich na tą imprezę, a szczególnie zapraszam wszystkich którzy będą się chcieli tego dnia po prostu przytulić. Jeśli ktoś chce, to też może wziąć kartkę papieru, napisać “darmowe przytulanie” i chodzić ze mną.