Archive for the 'Historie Pana Władka' Category

Rozdział 2 - Święto nie do kochanych

    Wstałem dzisiaj rano. Nie musiał mi ból głowy mówić, że dzisiaj będzie zły dzień. Wystarczyło, że robił to kalendarz, bo dzisiaj 14 Lutego – dzień zakochanych. Ale ból głowy i tak mi przypominał o tym, że dzisiaj jest naprawdę zły dzień. Kto go prosił?
    Dzisiaj wiele par powie sobie komercyjne „kocham Cię”, tak jakby nie mogły tego mówić w żaden inny dzień roku. On przygotuje kolacje, kupi pierścionek i paczkę prezerwatyw. Ona przygotuje się na długą grę wstępną i szybki numerek. Wszystko jak co dzień, z tym, że dzisiaj będzie to kosztowało o wiele więcej i wszyscy się będą tego spodziewać. A ona nawet weźmie parę tabletek na ból głowy, tak profilaktycznie. Wszystko oczywiście z czerwonym serduszkiem, aby atmosfera była odpowiednia.
    Zadziwiające, że akurat czerwone serduszko, które nijak nie przypomina realnego, jest symbolem miłości. Ciekawe kto wymyślił taki kształt i kolor? Może ktoś, kto za często widział dupę swojej żony, że postanowił to uwiecznić na górze „serduszka”? To dlaczego na dole jest taki szpiczasty trójkąt skierowany w dół? Może chciał przestrzec innych, że miłość to spadanie w dół i bez trójkąta małżeńskiego się żyć nie da? A kolor czerwony dlatego, że od miłości może Cię krew zalać? Ten św. Walenty musiał być męczennikiem
    A swoją drogą, to ciekawe jak wyglądają walentynki w związku, gdzie obydwoje są masochistami? „Kochanie! Z okazji walentynek chciałabym ci przypierdolić tą siekierą w twarz.” A w odpowiedzi: „Wiem, że mnie kochasz kochanie, ale ja Cię tak mocno kocham, że chcę pierwszy dać Ci prezent na walentynki. Zrzucę cię z 10 piętra.” Miłość jednak nie zna granic. A w związku sadomasochistycznym? „Cześć kochanie. Rozbierz się, a ja z okazji walentynek przywiąże cię do krzesła i popieszczę prądem.” Ci to pewnie nudzić się będą, jak prądu zabraknie.
    10 rano. Trzeba iść do sklepu, po bułki. Z każdego sklepu zaatakują mnie czerwone serduszka. Chleb w kształcie serduszka, pizza w kształcie serduszka, lizaki w kształcie serduszka z napisem „kocham cię”. Zastanawiam się, kiedy zaczną sprzedawać owoce w kształcie serduszka. Taki banan w kształcie serduszka z napisem „Jak mnie kochasz, to mnie zjedz. A jak mnie zdradziłeś, to się udław.”. Ciekawe jaka kobieta by tego nie kupiła? Ciekawe jaki facet by się bał nie bał zjejść czegoś takiego?
    Jakoś mi się nie udziela ten nastrój walentynkowy. No bo jak ma mi się udzielać, skoro jestem sam? A może to święto jest skierowane do mnie też? Tak! Na pewno sprzedawcy chcą, abym kupił drogie czerwone wino i się nim najebał! Albo, żebym kupił sok pomidorowy. Ale nie! Oni chcą, żebym oddał krew! I dał swoje serce do przeszczepu. Żeby jakaś stara schorowana babcia dostała młode serce. Zakochała się potem i przeleciała jakiegoś młodzieńca. Tak! To o to chodzi! Nie mam partnerki to nie jestem godny życia w społeczeństwie. Ale ja was przejrzałem i nie dam się!
    A tak swoją drogą, to ciekawe czy idzie się jakoś wbić w ten nastrój? Może ktoś wynalazł jakiś syrop na „zły nastrój w walentynki”? Albo tabletkę? Ale ja głupi jestem! Przecież ktoś już to wynalazł! Nazywają to „Viagra”. Ciekawe czy jak łyknę sobie tego, pobiegnę nago do parku i pomacham… ręką, to czy jakaś staruszka się zlituje i powie mi: „z okazji walentynek z chęcią cię przelecę”. Ale wole nie. Jeszcze jakiś pedał z chujem w ręku zacznie mnie gonić. Albo gorzej! Jakiś świadek jehowy z biblią w ręku zacznie mnie nawracać! To byłby horror.
    Przeszedłbym się po parku. To mnie uspokaja. Ale dzisiaj nie ma sensu tam iść. Będzie tam wiele zakochanych pożal się Boże par. Nie ma sensu iść. A przynajmniej nie bez kałasznikowa i zapasem amunicji.
    Za każdym razem kiedy widzę te wszystkie całujące się pary, mam ochotę wyciągnąć siekierę. Każda para całująca się wygląda jakby jednej stronie odcięto język, więc chce go podpieprzyć drugiej stronie. A później druga strona cała zakrwawiona w migowym krzyczy: „gdzie mój język?”. Na to pierwsza strona, nie mniej zakrwawiona, ale szczęśliwa, dumnym głosem: „ktoś się nie bał i zajebał”. I wtedy zaczyna uciekać. Ciekawe czy już planowali małżeństwo? Może już byli u księdza na zapowiedziach? „Wie ksiądz, ślub się nie odbędzie, bo mój przyszły ukradł mi język i wyjechał do Meksyku.” A ksiądz na to: „shit happens”.
    Czas wyjść z domu. I co widzę? Walentynkowa promocja w sklepie z komórkami: „jak kupisz komórkę, drugą dla swojej ukochanej dostaniesz gratis”. Walentynkowa promocja w sklepie z odzieżą: „jak kupisz jedną sukienkę, to drugą dla swojego ukochanego dostaniesz gratis”. Walentynkowa promocja w sex shopie: „jeśli kupisz dzisiaj wibrator, to zestaw prezerwatyw dla całej rodziny – gratis”. I oczywiście klinika kardiologiczna: „z okazji walentynek darmowe badanie serca”.Ale przecież wszyscy wiedzą, że zakochanie to choroba umysłowa, a nie kardiologiczna. Ale co tam. Niech będzie. Ciekawe czy tam sprzedają bułki w kształcie serca? Albo mięso sprzedają? Albo może żywe pielęgniarki na wagę? Im mniejsza, tym drożej zapłacisz.
    Ciekawe jaka jest promocja w sklepie z bronią? „Za kupienie strzelby w walentynki darmowe 2 naboje – dla ciebie i twojej ukochanej”. Aż chce się zapytać: kiedy jest dzień teściowej? I ile strzałów z metra w twarz taka teściowa przetrzyma? Swoją drogą, to w takich sklepach sprzedają także łuki i strzały. Dobrym sposobem byłoby zawiązać sobie sznur na strzale. Upolować taką strzałą jakąś laskę, strzałem w serce. Tak poudawać takiego małego, sadystycznego, amora. Pociągnąłbym wtedy za sznur i miałbym wesołe walentynki. Wprawdzie musiałbym wtedy zmienić orientację seksualną z heteroseksualny, na nekrofil, ale co tam. Z tą strzałą byłbym taki pociągający. Żadna kobieta nie była by w stanie się oprzeć. Szkoda tylko, że policjanci już tak.
    Ciekawe co robią inni samotni w ten dzień? Idą do baru ze znajomymi? Idą na tańce zapoznawcze? Podcinają sobie żyły? A to wszystko z nudów. Pewnie producenci żyletek też odczuwają wzrost sprzedaży w walentynki.
    Cóż. Dzisiaj wszyscy się cieszą. I zakochani konsumenci, i sprzedawcy pod deszczem forsy. A może ja też sobie kupie coś, co będzie dobre dla mojej duszy? Coś w stylu arszeniku? Napiszę w pożegnalnym liście, że mnie pracodawca rzucił. Była by niezła afera. Ale czymś w końcu trzeba się zająć w walentynki, prawda?

Odcinek 4

    Ale co z powrotem do domu? Przecież chodząc tak i poznając świat nie dojdę do domu. Może by tak zawołać „mamo”? Kiedyś to odnosiło skutek, ale czasy się zmieniły. Nie, to już nie jest ten świat co kiedyś. Słyszałem nawet, że teraz świat jest dorosły. Zastanawiam się co to znaczy.
Wiem! Wezwę taksówkę. Ona powinna wiedzieć jak dojechać do mojego dmu. Ale jak wezwać taksówkę? Może po prostu powiem:
-Taxi!
Czekam. I nic. Pewnie ten u góry nie usłyszał. Może krzyknę głośniej:
-Taaaaaxxxxxxxxiiiiii!
-Zawrzyj ryj!
Czyżby ten u góry odpowiedział? Pierwszy raz do mnie przemówił. To dla mnie cudowna chwila. Ale nie. To jakiś stary babsztyl w oknie na 2. piętrze.
-Jak pani śmie udawać Boga?!
O! Trzeba się oddalić, bo „ta u góry” zaczęła rzucać niezidentyfikowanymi obiektami spadającymi wprost na nasze głowy. Pewnie myśli, że biedny jestem i że potrzebuję pomocy materialnej. Ale ja na takie rzeczy za dobry jestem. Innym na pewno się ta stłuczona doniczka bardziej przyda. Ale dziękuję. Są jednak na tym świecie dobrzy ludzie.
-Przy panie odzyskuję wiarę w ludzi! – krzyknąłem
-Spierdalaj!
Czyżbym słyszał?! Nie… Ona nie powiedziała „kocham Cię” prawda? Na wszelki wypadek się oddalę.
    No więc znów idę, modląc się o to, żebym mógł do domu dojść. Ale co ja czuję? Co za smród. Ciekawe co to? Wiem! To ten leżący na chodniku facet. Tak od niego śmierdzi, że mógłby się przesunąć! Ale nie! On sobie tutaj leży bezkarnie i nie ma zamiaru się przesunąć. Co za grubiaństwo i bak mydła. Ale zaraz. Jemu może coś być. Może jest chory? Albo ranny? Albo napadły go stare babcie, którzy widziały w tym biednym człowieku bogu ducha winnego satanistę? Co za biedak. Zaraz mu pomogę. Ale ten smród jest nie do wytrzymania. To pewnie żul, który wypił za dużo i zasnął z nadmiaru alkoholu. Nie ma sensu mu pomagać. Zasłużył na to. Zadzwonię po policję! Wezmą go na izbę wytrzeźwień. Tak! Ale nie mogę tego zrobić. Za taką izbę trzeba płacić. A ten żul jest w stanie zapłacić tylko za tanie wina. Nie mogę mu tego zrobić, bo to w końcu tylko niewinny i biedny żul. Zostawię tego biedaka. Ktoś inny pewnie się nim zajmie. Dużo tutaj jest ludzi. Wszyscy omijają żula szerokim łukiem. Pewnie im ten żul śmierdzi. Jak oni mogą go tak omijać? Przecież ten człowiek może być w potrzebie. Ale nie. Ludzi nic to nie obchodzi. Mają własne sprawy. Własnych żuli do ratowania. Nie potrzebnym im dodatkowy. A ten tutaj żul jest sam. Biedny. Szkoda, że nikt nie chce mu pomóc. Cóż. Zostaje mi ci życzyć szczęścia biedny żulu.
    Ale zaraz. Co ja widzę? Taksówka. Pewnie czeka specjalnie dla mnie. Trzeba wejść. Wchodzę. Wszedłem. Taksówkarz nie jedzie.
-Proszę pana, proszę jechać!
-A gdzie?
A właśnie! Nie powiedziałem gdzie. Taksówki mogą wozić nie tylko do domu, ale także z domu gdziekolwiek sobie zażyczę. Co za genialna i praktyczna technoliga.
-Do mojego domu proszę.
-Że co?
Co znowu? Następna osoba mnie nie rozumie. Co za los. Czyżby ludzie nie rozumieli zdania ze słowami „mój dom”? To pewnie to. Ale jak im to wytłumaczyć?
-Ale jaka ulica? – zapytał.
-No jak to jaka? Moja!
-Ale nazwa?
Nazwa? Zaraz, zaraz. Mama mi dała specjalną karteczkę, dzięki której, będę mógł komunikować się ze światem. Wręczyłem i pojechałem do domu. Nareszcie.

Historie Pana Władka - Odc. 3

Oddała mi skasowany bilet. Ale po co mi skasowany bilet? Miałaś rozmowę rozpocząć! Jak tak ludzie mogą?! Czy ja proszę o zbyt wiele? Nie lubię cię już! A masz!
-Pani intelektualne osądy stoją na poziomie Australopithecusa!
No! Teraz ci pojechałem po ambicjach. Dawno tak chamsko komuś nie pojechałem. Oby cię zabolało jędzo!
-Oh! Dziękuję. Jaki pan miły.
Że co? Że jak? Ludzie słyszą jakiś mądry wyraz i już się cieszą. Nikt mnie na tym świecie nie rozumie.
-Masz małe piersi!
Zadziwiające ilu ładnych „mężów stanu” przyszło bronić jednej głupiej kobiety. Zostałem subtelnie poproszony o opuszczenie autobusu. Może powiedzieć, że wręcz nosili mnie na rękach. No i znowu jestem na przystanku. Czas chyba wracać do domu. Dobra myśl! Tylko mam małe pytanie: gdzie ja do cholery jestem? Wiem! Spytam kogoś o drogę! Na pewno się z kimś zapoznam. Ktoś idzie:
-Przepraszam, jak mogę dojść do mojego domu?
-Spadaj pan! I nie ćpaj pan więcej.
Nie ćpaj? Znaczy mam go nie pytać więcej? No dobrze, ale dlaczego? Pewnie nie zrozumiał tego co do niego powiedziałem, jak ta kobieta z autobusu. Mój poziom intelektualny jest pewnie za wysoki. Spróbuje zniżyć się do ich poziomu. O! Ktoś idzie.
-Przepraszam, jak mój dom dość do?
Zaśmiała się. Dlaczego? Czyżbym powiedział coś śmiesznego? Ale to nie możliwe. Nie opowiedziałem kawału ani nic. Wiem! Pewnie jestem za inteligentny na takie proste rozmowy. Pewnie coś przekręciłem lub coś. Cóż. Pozostaje mi tylko iść przed siebie. Kiedyś dojdę do domu przecież. Świat chyba nie powinien być zbyt duży, prawda?
    Dom widzę. I następny. Czuje się jak w cyrku. Tutaj ładny żółty dom. Tutaj natomiast zielony. A naprzeciw czerwony. A tu nagle rozsypująca się szara kamienica. Ludzie nie mają za grosz gustu. Zaraz pewnie zobaczę dom w różowe ciapki. Albo byka namalowanego. O! Jest namalowany byk. Nawet ludzie sobie podpisali swój dom: „kuchnia meksykańska”. A co mnie do ciężkiej cholery obchodzi w jakim stylu oni mają urządzoną kuchnię? A w ogóle kuchnia to nie wszystko. Pewnie łazienkę mają obskurną. Ludzie zrobią wszystko, aby się pochwalić.
    I znów rozsypująca się kamienica. Pewnie lokatorzy nie płacą. Ludzie bez pracy, bo pewnie boją się roboty chwycić. Wychodzą na dwór i co? I chleją! Ale zaraz. Może kupię butelkę i zaznajomię się? Miałbym przyjaciół kiedy będę chciał. Ale nie. Taka znajomość byłaby fałszywa. Do tego jak z takimi znajomościami się na mieście pokazać? „Cześć, jestem mgr. Inż. Chemii i mam znajomych żuli.” Tak! To jest moje marzenie. Zostanę mgr. Inż. Chemii. Wtedy bym poznał pełno magistrów na moim poziomie intelektualnym. Ale po co by mi wtedy byli znajomi żule? Może do eksperymentów? Ale nie. Na studiach dadzą mi specjalnie dobranych żuli do eksperymentów. {Poznawanie żuli to zdecydowanie zły pomysł. Trzeba iść dalej.
    Tylko ja nadal nie mam pojęcia gdzie jestem. Może zaraz dojdę na koniec świata? Albo dojdę do Chin? Swoją drogą nigdy nie byłem w Chinach. Warto byłoby wziąć mapę i się tam wybrać autobusem. Pewnie będzie trzeba wziąć bułkę ze sobą. I papier toaletowy, bo tam chyba nie ma normalnych łazienek. A swoją drogą to czemu tam nie jest normalnie? Muszą udziwniać sobie życie. Mówią innym językami i jeszcze udają, że nie rozumieją normalnego. Ci ludzie to dopiero głupi są. Jakby nie mogli wszyscy mówić normalnie? Ale nie. Oni muszą mieć własny język. Co za egocentryzm! Nie! Zdecydowanie nie chcę tam jechać. Jeszcze po temu „ichniemu” będą mnie obrażać. Albo spytają o godzinę, a ja nie będę w stanie rozwinąć rozmowy. Co to byłby za wstyd. Co za strata… Strata dla tej osoby, bo nie będzie w stanie ze mną porozmawiać. Nie! Nie chcę tam jechać. Nie ma sensu sobie nawet bułki robić.

Odcinek 2.

    Idę dalej. Nie ma sensu tutaj stać. Jeszcze ktoś pomyśli, że zwariowałem. Wezwą karetkę i mnie zabiorą. O jak fajnie. Poznam lekarza. A może nawet pielęgniarkę i salowego. Jest też możliwość, że spotkam tam innych ludzi, takich jak ja: szukających innych ludzi.
    Stoję tak już przez chwilę. Nikt się nie zainteresował. Nic ich nie obchodzę. Położę się, zacznę im przeszkadzać. Może wtedy mnie zobaczą. Nie, wtedy mnie podeptają, jak chodnik. A idźcie sobie! Nie potrzebuję was. Po prostu idźcie! Ale tutaj nikt nie chodzi.. W końcu to przystanek autobusowy. Wszyscy tutaj stoją i czekają na autobus. Co ja ich obchodzę? Ale zaraz,, zaraz. Może ktoś się mnie o godzinę spyta? Tak! Przecież mam zegarek. Postoję chwilę i ktoś na pewno się mnie o godzinę zapyta. A wtedy ja znienacka zacznę rozmowę.
    No i stoję jak kretyn. Nikt nie zagadał. Bo i po co? A może tak podwinąć rękawy? A wtedy na pewno będą widzieć mój zegarek. Ale nie. Pewnie pomyślą, że jestem jakimś napakowanym dresem, i że prędzej chcę kogoś skopać, niż powiedzieć która godzina. Boją się mnie biedni. Z drugiej strony jednak, mam zegarek. Ale nie. Wszyscy mają własny.. Pewnie także im imiona nadali:
„-Cześć Czesiek! Która godzina?
-Zaraz spojrzę na Marka i Ci powiem.”
Co za ludzie! Nie dość, że bez kultury, to jeszcze niewyobrażalnie głupi. Nie wytrzymam z tymi ludźmi. Jak oni tak mogą? Z drugiej jednak strony, może oni czują się samotni? Nie mają przyjaciół, to nazywają koty, psy, rzeczy martwe imionami, żeby nie czuć się samotnymi. Pewnie nie umieją pójść na miasto i zagadać. Żal mi ich.
-Przepraszam. Która godzina?
Zapytał mnie ktoś. Mnie! Jak to możliwe? Dobra! Nie czas na dygresje. Muszę szybko odpowiedzieć i rozpocząć rozmowę.
-14:01 Ale czy nie uważasz, że sierpniowe słońce przypieka dzisiaj kwiaty zbyt mocno?
Popatrzyła się na mnie bardzo dziwnie. Czyżbym miał krostę na nosie? A może na czole? Albo nie! Moje włosy są nie ułożone! Tak! To na pewno to. Ale nie. To na pewno nie to. Mam czapkę na głowie, więc to na pewno nie to.
-Dziękuję bardzo.
I szybko odeszła. Jak ona śmiała? Czyżbym był dla niej aż taki brzydki? Ci ludzie! Chamscy, głupi, bez kultury i co gorsza, bez gustu! Nie wytrzymam z tymi ludźmi. Ale zaraz. Jaki ja jestem głupi! Ona mogła nie zrozumieć mojej intelektualnej mowy. Pewnie nie wiedziała co ja mówię, przestraszyła się i uciekła. Przestraszyłem ją. Żal mi tych płochliwych istot. Ciężko pewnie było jej uciekać przez te zaspy śniegu.. W końcu grudzień jest. Lubię śnieg, ale ktoś w końcu powinien naprawić ogrzewanie w dworze, bo wytrzymać z zimna nie mogę.
    Przyjechał autobus. Ludzie wsiadają. Kasują bilety. Teraz jest duży tłok, więc pewnie będą musieli kogoś poprosić, żeby skasował im bilet. Ale to jest myśl! Mogę tak zrobić. To będzie dobry powód, aby zacząć rozmowę. Wchodzę!
Nie widzę nic poza ludźmi. Człowiek tu, człowiek tam. Wszyscy ściskają się. Nie widzę kasownika, a nawet gdybym widział, to nie mógłbym podnieść ręki. Nam na to niezawodny sposób:
-Dobra! Teraz kto mnie za tyłek maca?
Powiedziałem głośno. Zadziwiające, że ludzie ściśnięci na maksa mogą się ścisnąć jeszcze bardziej. I już mam 1 metr luzu w koło. Gdybym sobie pierdnął, a zapach byłby bardziej morderczy niż cyklon B, to wszyscy by twardo stali i udawali, że nic się nie stało. Ale gdyby pierdnął głośno, choćbym pierdnął odświeżaczem do powietrza, to będę miał miejsce (testowane na ludziach). Ludzie śmieszni są, naprawdę.
    O!. Widzę kasownik. Wyciągam bilet i podaje jakieś kobiecie przy kasowniku. I czekam. Czekam. Nadal czekam. Stoję jak kretyn z ręką w górze i nic.
-Przepraszam. Czy mogła by mi pani skasować bilet?
-Aaa… Pan chciał bilet skasować…
Nie. Ćwiczę podnoszenie ciężarów małą kartką papieru. Czy ludzie nie mogą się domyślić?
-Proszę.
Oddała mi skasowany bilet.

Rozdział 1 - Sztuka chodzenia - Odcinek 1

    Idę sobie ulicą. Nie wiem po co to robię. Po prostu chodzę sobie. Co dziwniejsze, spotykam ludzi. Tak sobie chodzą, palą. Szukają swojej drogi, albo nią kroczą. Ludzi można spotkać wszędzie. W sklepie, w barze, czy też w domu w którym się mieszka. Świat jest pełen ludzi. Ciekawe skąd oni wszyscy się wzięli? Słyszałem, że bocian przynosi niemowlaki do domu rodziców. Przy kilku bilionach ludzi na świecie (słyszałem, że to nie przesada z tą ilością!), to ten bocian musiał się kurewnie dużo napracować. Słyszałem także, że rodzice niemowlaków szukają w kapuście. Przy tylu ludziach, to musiało być naprawdę duże pole kapusty. Jak oni tam się przed zającami bronią? Ale nie. Nie ma sensu o tym myśleć. I tak za to chleba nie dostanę.
    Ludzi można spotkać wszędzie. W sklepie, w barze, czy też w domu w którym się mieszka. Wszyscy ludzie sobie chodzą po dworze. Dziwne to jest uczucie, kiedy widzi się tyle nieznajomych twarzy. Po prostu się idzie, chce się zagadać. Ale nie. To nie moja sprawa. Nie moi znajomi. Podejdę. Spytam się:
-Przepraszam, która jest godzina?
Co to za pytanie: „która jest godzina?”? Czy nie mogę zapytać: „jak masz na imię?”. Nie, nie mogę. Od razu zostanę uznany za natręta, lub zboczeńca. Ludzie są tacy nie zdolni do zaznajomienia się. A może ja jestem tylko zwykłym samotnym człowiekiem, jak wy?
- 13:30
Odpowiedział. 13:30? Co ja tu robię o tej porze? Powinienem być w pracy. Ale nie. Nie jestem. Czemu wy wszyscy nie jesteście w pracy? Do szkoły może chodzicie, co? A może po prostu nie macie pracy? To takie proste poznać kogoś w pracy. Znasz bo musisz. Ale z drugiej strony, jak kogoś przestaniesz lubić, to i tak musisz go znać. A może, takich ludzi, których nikt nie lubi, ktoś inny zwolnił? Oni wszyscy tutaj na ulicy… Dlatego są tu na ulicy, a nie w pracy! Ktoś ich zwolnić musiał. Odejdź! Nie chcę cię znać, skoro inni też nie chcą. To się nie godzi, żebym znał kogoś, kogo inny nie chcą znać. Tak być nie może!
    Odszedł.
Jak on tak mógł?! Odszedł bez pożegnania. A przecież rozmawialiśmy. To mógł być początek znajomości. A nawet przyjaźni. Ale nie. Powiedział co miał do powiedzenia i poszedł. Pewnie teraz nawet mi suchego „dzień dobry” nie powie, jak się znów spotkamy. Co za chamstwo i brak kultury! Nie! Zdecydowanie nie chcę go znać!
    Ale do kogo ja teraz pójdę? Do kogo ja się teraz odezwę? A może odwrócę się i zacznę go gonić? Dogonię go i poproszę, żeby mi kawał opowiedział. Ale nie. Pewnie pomyśli, że gonię go, żeby mu komórkę ukraść. Jak zobaczy mnie biegnącego, to ucieknie. To może pójdę szybko po cichu? Nie zdąży uciec. Ale nie. Jak po cichu od tyłu do niego podejdę i wtedy zagadam, to nie ucieknie. Po prostu się przestraszy. Jeszcze umrze ze strachu na miejscu i co ja powiem policji? „To była samoobrona panie policjancie!” Nawet sąd mi nie uwierzy.
    Choć z drugiej strony, mógłbym poznać jakiegoś miłego pana policjanta. Z nim mógłbym się zaznajomić, zaprzyjaźnić. Ale nie. Policjant nie będzie chciał znać mordercy. Nawet z przypadku.
    A z resztą tamten i tak już zniknął. Ciekawe jak miał na imię? Może Zdzisław? Może Adam? Albo Hieronim? Wiem! Miał na imię Hildegarda! Nie, tak już nikt się nie nazywa. A jeśli się tak nazywa, to pewnie się tego wstydzi. Za rodziców się wstydzi. Pewnie byli pijani, kiedy nadawali mu to imię. I dobrze, że uciekł! Nie chciałbym znać kogoś, kogo rodzice są alkoholikami. Ja to jednak mam szczęście. Choć trochę mi żal tego Hildegardego. Mieć takich rodziców to nie lada problem dla młodego człowieka. Ale w sumie, to nie moja sprawa. Życzę ci jak najlepiej Hildegarda. Bądź zdrów i pozdrów rodziców!