Archive for the 'Proza' Category

Page 3 of 4

Po ciemnej stronie słońca

    Dzień był piękny, słoneczny. Brama wioski i 5 osób. Młodzik, Palk. Ukle, jeden z dowodzących misjami oraz stara brygada zwiadowcza: gruby Elk, zwinny Szwu i mistrz ceremonii Zdra. Nigdy nie lubiłem stopniowego poznawania bohaterów. Palk był cały podekscytowany. W końcu to jego pierwsza misja. Misja zwiadowcza w około wioski, ale jednak.
[Ukle] No to poznajcie się panowie. Ten młodzieniaszek to Palk. A tych trzech gburów to Elk, Szwu i dowódca Zdra.
[Zdra] Witaj. Od dziś jesteś nasz. Masz nas słuchać. Nie jesteś pierwszym młodzikiem, z którego zrobiliśmy wojownika. Pamiętaj, że my mamy doświadczenia, a ty nie, więc wiemy jak sobie z Tobą poradzić.
[Ukle] Palk! Pamiętaj, że jeśli uznają to za konieczne, mają prawo cię poważnie uszkodzić, a nawet zabić.
[Palk] Nie powinno być tak źle. Jestem przygotowany na wszystko!
Krzyknął Palk cały rozradowany. Wtedy Szwu bez słowo, zasadził cios mu w brzuch tak szybko, że nikt z obecnych nie był w stanie zobaczyć ruchów Szwu. Młodzik wyleciał jak z procy, a lot skończył na betonowej ścianie, ogradzającej wioskę, robiąc w niej małe wgniecenie.
[Palk] Za co?
[Szwu] Musimy sprawdzić z jakiej gliny jesteś ulepiony. Wstań!
Wstał posłusznie i stanął w pozycji gotowej do ataku i obrony. Następny cios został już sparowany. Niestety noga Szwu była silniejsza od ręki Palka, i ten znów poszybował. Chyba lubił latać, gdyż tym razem jednak poleciał wzdłuż muru, a kiedy skończył lot, wylądował na nogach. Zaczął biec w stronę swojego przeciwnika i zaatakował. Najpierw prawy prosty, wysłany tylko po to, aby został sparowany. Wtedy zrobił obrót wokół własnej osi, aby zaatakować Szwu. On jednak złapał rękę, która go atakowała i sprowadził przeciwnika do parteru.
[Zdra] Wystarczy! Powiedziałbym, że się nie nadajesz, ale przeżyłeś 2 ciosy Szwu. Mało kto nie przetrwał pierwszego bez straty przytomności. Idziemy.
[Ukle] To może być początek pięknej przyjaźni.
[Elk] Mówiłeś tak przy Ekru.
Wszyscy spojrzeli na niego z wyrazem wrogości. Wszyscy poza Palkiem, który nie wiedział o co chodzi.
[Zdra] Wyruszamy! Obwód granicy wioski to około 30 km. Przez cały czas będziemy biec. Trzeba rozruszać malca.
Pobiegli drogą. Ale po pół minucie biegu, skręcili w las. Pierwszy biegł Zdra, jako dowódca. Za jego plecami z lewej Elk, z prawej natomiast Szwu. Na końcu Palk, jako najmniej doświadczony.
[Zdra] I jak ci się podobają misje zwiadowcze?
[Palk] A co ma mi się podobać? Na razie jest jak na treningu.
[Zdra] Trening powiadasz? To pokaż nam jak latasz.
Palk wzbił się ponad korony drzew. Zaczął sunąć przez przestworza tak szybko, że wyprzedził wszystkich.
[Zdra] Stój!
Palk zatrzymał się nagle w powietrzu. Po chwili wszyscy go dogonili i wisieli tak w powietrzu koło niego.
[Zdra] Jesteśmy na misji zwiadowczej. Po pierwsze jesteś za wysoko, po drugi za szybko leciałeś, żeby cokolwiek zobaczyć.
[Palk] Przepraszam.
[Zdra] Nie masz przepraszać. Jesteś tu po to, aby się uczyć! A teraz pokaż nam, jak ci idzie wykrywanie.
[Palk] Tak jest!
Palk złożył ręce i zamknął oczy. Po chwili wskazywał po kolei różne miejsca palcem.
[Palk] Królik… Tam drugi… Parę saren.
[Zdra] Ile?
[Palk] 3
[Zdra] Płeć? Wiek?
[Palk] 2 dorosłe łanie i jeden młody samiec.
[Zdra] Dobrze. A teraz wszyscy na ziemie. Wracamy do biegu.
Jak powiedział, tak zrobili. Biegli przez las już chwilę w milczeniu.
[Palk] Szwu. Powiedz mi kto to Ekr?
Zdra spojrzał na Palka ze złością, ale nie przestał biec.
[Szwu] Są pewne pytania, których lepiej nie zadawać. Więc nie odpowiem na nie z pewnych względów.
I znów biegli w ciszy.
    Po pół godzinie biegu nagle Szwu i Elk spojrzeli na siebie.
[Zdra] Po cichu i skutecznie. Młody masz szczęście, więc siedź cicho i biegnij cały czas za mną. Zachowuj się jakby nigdy nic, aż ci powiem.
Zdra skręcił w lewo, a wszyscy za nim. Palk nic nie rozumiał. W pewnym momencie Szwu i Elk wyskoczyli w przeciwne kierunki i zniknęli.
[Zdra:szeptem do Palka] Nie zauważyłeś tego, ale natrafiliśmy na kogoś. Biorąc pod uwagę okoliczności to szpieg. Jak pewnie zauważyłeś, energia Elka i Szwu została z nami. Jest to specyficzny wabik. Dzięki temu szpieg nadal myśli, że biegniemy wszyscy na zwiadzie i go nie zauważyliśmy. Ale zaraz go zaatakujemy.
Z oddali przyszedł odgłos wybuchu.
[Zdra] Za mną!
Pobiegli razem. W pewnym momencie zobaczyli Szwu i Elka wpatrujących się w wypalone już epicentrum wybuchu.
[Zdra] I co?
[Szwu] Przechytrzył nas. Strach na wróble.
[Palk] Co to jest strach na wróble?
[Zdra] To taki swego rodzaju wabik. Wygląda jak mała laleczka, a emanuje energią jak normalna osoba. Każda osoba wydziela specyficzną tylko dla siebie energię, więc każdy kto chce mieć taką lalkę, musi sobie sam ją zrobić. Stosuje się ją, kiedy ktoś cię goni. Wyrzucasz lalkę i maskujesz własną energię, przez co pościg skupia się na lalce, a nie na tobie… Dobra, trzeba znaleźć tego szpiega. Rozproszyć się! Palk, ty idź w tą stronę, Szwu tam, Elk tam. Jakby co, to wysłać sygnał energetyczny.
[Palk] Tak jest!
I wszyscy popędzili, każdy w swoją stronę. Palk biegł przez las i niczego nie zauważył, więc biegł dalej. Nagle poczuł, że ktoś chce go zaatakować kulą energetyczną. Obrócił się i zobaczył postać w czarnej masce, zakrywającej całą głowę, wysyłającą w jego stronę kulę energetyczną wielkości piłki do koszykówki. Palk zamarł z przerażenia. W ostatniej chwili przyjął atak otwartymi rękoma. Kula byłą na tyle silna, żeby go zabić, ale udało mu się ja zatrzymać i wchłonąć energię z kuli. Już chciał atakować, jednak usłyszał krzyk:
[Zdra] Szwu! Emp!
Ponad koronami drzew ukazał się Szwu i Elk. Szwu wyciągnął rękę z dłonią wyciągniętą prostopadle do ręki. Ręka była zwrócona w stronę szpiega. Przed swoją dłonią, Szwu stworzył kulę energetyczną. Od małego punkciku do kuli wielkości pięści. Gdy kula miała odpowiednią dużą wielkość, Szwu puścił ją w stronę szpiega. Kiedy kula trafiła go, wszystko w promieniu 5 metrów od niego co było elektroniczne, przestało działać. Całość nie trwała dłużej niż sekunda.
Wtedy Elk wylądował przy szpiegu. Kopnął go tak mocno w przeponę, iż szpieg stracił przytomność. Ręka Elka zatrzymała ciało szpiega przed bezwładnym lotem po tak silnym uderzeniu.
[Zdra] No to posprzątane.
Palk odwrócił się i zobaczył Zdra.
[Palk] Ale co się stało? Skąd żeście się wzięli?
[Zdra] Wybacz ten mały fortel. Tyś tego nie zauważył, Elk zresztą też nie, ale szpieg tak naprawdę nie użył stracha na wróble. Sam wywołał wybuch i schował się w zaroślach. Powiedziałem ci o tym strachu na wróble, żeby przekonać go, że mu się udało. Miałem nadzieję, że akurat ciebie pójdzie zabić, żebym mógł spokojnie zobaczyć na co cię stać. Nie obroniłbyś tej kuli energii beze mnie tak a propos.
[Palk] Aha… A co to był za atak “emp”?
[Zdra] Sygnał E.M.P. niszczy wszystkie półprzewodniki. W masce tego szpiega, jak z resztą u każdego szpiega, jest pełno elektroniki. Ta elektronika jest przypięta do jego kręgosłupa. Kiedy poczuje “ochotę samobójstwa” płynącą z nosiciela, to wtedy prawie natychmiastowo nosiciel umiera. Nie mogliśmy do tego dopuścić. Na szczęście, nie wszyscy szpiedzy tak szybko chcą umierać, kiedy zobaczą wroga. Teraz trzeba go oddać do wioski i przesłuchać.
[Elk] Ją.
[Zdra] Co?
[Elk] To jest ona. Cycki nawet ładne ma.
[Zdra] Załóż jej wiązankę i ściągnij jej tą maskę.
Elk stworzył z energii specjalną linę na jej rękach, dzięki której nie mogła ruszać rękoma. Ręce miała na spleciona na plecach, aby nawet nie próbować uciec. Osoba, która ma wiązankę na rękach nie jest w stanie oddalić się zbyt daleko od stwórcy tejże wiązanki.
[Palk] Trochę to dziwne, że kobieta jest szpiegiem. Nigdy nie sądziłem…
[Zdra] Chłopaki! Mamy smarkacza do wyprostowania. Co z tego, że to dziewczyna? Osoba jak każda inna. Skoro to kobieta szpieg, to pewnie dostawała informację przy seksie. Takie jest życie.
[Palk] No ale to kobieta. Ja myślałem…
[Zdra] To przestań myśleć i naucz się, że to jest życie, a nie świat pełen ideałów.
Elk zdjął w końcu maskę z głowy kobiety szpiega.
[Elk] Ja ją znam. To sklepikarka w cukierni.
[Szwu] To ja ją też znam. I macie rację, to szmata.
[Zdra] Czy ty musisz się kochać ze wszystkim co ma parę nóg i parę cycków?
[Szwu] Twoją mamusię zostawiłem, bo bałem się, że ty mi się urodzisz.
[Elk] A mnie się oddać nie chciała.
[Zdra] Co? Moja matka oddać ci się nie chciała?
[Elk] Ta sklepikarka mi się oddać nie chciała.
[Szwu] To teraz ją przeleć. Co się przejmujesz?
[Palk] Ej! Zaraz! Ale my nie powinniśmy!
[Zdra] A to niby dlaczego?
[Palk] No bo nie powinniśmy. My przecież jesteśmy “ci dobrzy”! Nie powinniśmy zachowywać się jak tamci.
[Zdra] Że co? “Ci dobrzy”? “Jak tamci”? Co to ma niby znaczyć?
[Palk] My jesteśmy z tych dobrych! Nie możemy robić rzeczy złych.
[Zdra] Chłopaki! Trafił nam się chłopaczyna z głową wypełnioną ideologicznymi bzdurami. Zaraz nam powie, że my święci powinniśmy być, a nasze zabójstwa koszerne! Z którego księżyca się urwałeś? Myślisz, że my to ci dobrzy, a tamci to są ci źli? Myślisz, że jak kogoś z nich zabijesz, to ta osoba nie ma rodziny i przyjaciół? Myślisz, że my nie wysyłamy szpiegów, takich jak ta dziewucha? Myślisz, że z jakiego powodu jest ta wojna?
[Palk] Pewnie tamci ją wywołali.
Zdra zaśmiał się szczerze.
[Zdra] No to powiem ci coś chłoptasiu. Pewnego pięknego dnia, lud naszej wioski narzekał na brak pracy. Wódz naszej wioski wpadł na genialny pomysł: wywołał wojnę. Oczywiście ubrał to politycznie, ale wszyscy wtedy żyjący wiedzieli o co chodzi. I tak napadaliśmy na jedną wioskę, później na drugą… Aż natrafiliśmy na wioskę, która daje sobie z nami radę. I tak już od 4 lat mamy bardzo ładną wojenkę. I wszyscy mają co robić. Inaczej byś przymierał głodem.
[Pelk] Bzdura! Tak nie może być!
[Zdra] Nie może być? Tak jest. Teraz zadam ci proste pytanie. Wracasz z nami?
[Pelk] Nie pozwolę wam!
Pelk skoczył i spróbował uwolnić kobietę szpiega od wiązanki Elka. Niestety, Elk jednym ciosem w głowę rozwalił Pelkowi czaszkę. Padł na ziemię jak kłoda i w kilka sekund zrobiła się duża kałuża krwi.
[Zdra] Ukle to przewidział. Nie wiedziałem, że to się stanie tak szybko. Czas na nas.
[Elk] Znaczy z dzisiejszego seksu nici?
[Zdra] Już mnie nie denerwuj! Do wioski!
Cała trójka wyskoczyła, trzymając nadal nie przytomnego szpiega i poleciała do wioski. Mogłem to tak zakończyć. Albo zrobić “happy end”. Ale mam inne plany.

To wszystko jest chore

   No więc, pewnego pięknego wieczora siedziałem przy stole z jakimś ziomkiem i jedliśmy kolację. Ja jadłem jakieś mięso. On jadł coś na kształt zupy. On to wszystko ugotował. Nawet smaczne było, więc poczułem chęć pogratulowania mu tak dobrze zrobionej kolacji.
-Dobre. Co to za mięso?
-Ludzkie mięso.
Eee… Że kurwa co?
-Ale dlaczego? – Jakoś nic bardziej inteligentnego nie przyszło mi do głowy.
-Bo jest dobre.
Fakt. Trudno nie było się z nim nie zgodzić. Ciekawe zatem, co on zajadał tak łapczywie.
-W sumie racja. Nawet lekko takie słodkie. A co ty jesz?
-Ludzkie odchody i wymiociny.
-A jak smakuje?
-Jak gówno i wymiociny.
Trafna była ta jego wypowiedź.
-A tobie to smakuje?
-Nie
Aha…
-Jesteś jakiś pojebany.
-Ale to ty jesteś narratorem!
Zjechał mnie z góry na dół w jednym zdaniu. Ale znów mu musiałem przyznać rację.
-Czy to nie dziwne, że tak sobie spokojnie jemy ludzkie mięso, i ludzkie odchodzy z wymiocinami?
-A czemu dziwne? Wyjaśnij.
-Ludzie jedzący ludzkie mięso? Luedzie jedzący ludzkie odchodzy, które im nie smakują? Nie, w tym nie jest nic dziwnego.
-A kto ci powiedział, że jesteśmy ludźmi?
-A czym jesteś?
-Nazywają mnie czystym złem, szatanem, buntownikiem, złoczyńcą, zboczeńcem i wszystkim tym, czego się boją. Ale tak naprawdę, to jesteśmy braćmi.
-A czym ja jestem?
-Tym czym chcesz. A często chcesz być mną. Nigdy nie chciałem być tobą, bo to ty mnie wykorzystujesz. A ja chcę tylko zjejść w spokoju kolację.
-O to, czy chcę być tobą, nie pytałem.
-Ale chciałeś zapytać.
-A co, jak zechcę być bogiem?
-To zostaniesz zamknięty w pokoju bez klamek.
-Ale jak to?! Powiedziałeś, że mogę być tym, czym chcę.
-Nie zapominaj jednak, że jesteśmy braćmi. Jesteś ze mną i masz się mną opiekować. I dawać mi jejść.
-A co, jeśli nie dam ci jedzenia?
Zapytałem, po czym wstałem w gniewie i krzyknąłem:
-Ja to pierdolę! Mam tego wszystkiego dość. Wychodzę!
-Złość jest impulsywna, głupia i brutalna. Ja jestem spokojny, perfidny i o wiele bardziej brutalny. Usiądź, bo wiem, że w gruncie rzeczy i tak dasz mi jejść.
Usiadłem spokojnie.
-Ale przecież tobie to nie smakuje.
-Smakuje każdy łyk tej zupy, jak by to był mój pierwszy, a zarazem ostatni łyk. Daję całą swoją siłę jaką mam w ten jeden łyk, a potem biorę następny z takim samym zacieńciem. Zupa, to najmniejsza rzecz która mnie tutaj obchodzi.
-A jak żeśmy się tutaj znaleźli?
-Myśmy się tutaj nie znaleźli. Nas tu nikt nie przyprowadził. Myśmy tu nigdy nie weszli. My jesteśmy tu od zawsze.
-A gdzie jesteśmy?
-W środku.
-W środku czego?
-Kiedy nie możesz być na zewnątrz, to jesteś w środku. Jeśli nie możesz być w środku, to zewnętrznej części nie ma. A jeśli środek jest częścią zewnętrzną, a wszystkie oczy patrzą, to znaczy, że czas umierać.
-Nie umiesz mówić normalnie?
-Nikt nie powiedział, że jestem normalny.
-Ale jesteś moim bratem. Musisz być choć trochę normalny.
-Nikt nie powiedział, że ty jesteś normalny. Nie szukaj normy, ani formy. Znajdź mnie, a będziesz bogiem samego siebie. Poznaj mnie, a będziesz lepszy od boga włąsnego siebie. Dotknij mnie, poczuj mnie, a zostaniesz mną.
-Kto wtedy umiera?
-A kogo to obchodzi? Po prostu zabijasz i jesteś zabijany. Pospolita egzystencja pospolitego bytu. Oto czym jesteśmy.
-Ja nie zabijam! – Znowu wstałem w gniewie.
-To czemu wstajesz w gniewie?
Nie umiałem odpowiedzieć, wiec usiadłem.
-A co na deser? – Spytałem najspokojniej w świecie.
W tym momencie podjechały dwie tace przykryte półmiskami. On otworzył swoją porcję. była tam moja głowa. nie zdziwiło mnie to wcale, bo moją porcją była jego głowa. Zacząłem jejść od jego włosów. Jadło się to jak makaron. Ale mimo wszystko, czułem się, jakbym jadł lody. Ona natomiast wsadził słomkę w moją głowę i wysysał mi mózg.
-Dobre? – Spytałem.
-Potrzebne i naturalne.
Czas wsadzić mu nóż w gardło. Wstałem i wsadziłem mu nóż w ucho. Jego głowa na tacy zaczęła wyć. A on zaczął zjadać mi rękę. Więc uklęknąłem i zacząłem zjadać sobie drugą.

Narodziny bohatera

    Tam jest wojna. Tam są ci, którzy walczą. Więc czemu tutaj przyszedł wróg? Czemu atakuje mnie tą kulą energii? Co ja teraz mam zrobić? Uciec? A więc ucieknę. Uchyliłem się. Kula poleciała dalej. I leci nadal. On jej nie zatrzymał. Pewnie nie chciał atakować mnie. I nie atakował. Ale gdzie ten atak zmierza? Leci wprost na moje miasto. Czy powinienem zatrzymać tą kulę? Tak, powinienem. A więc lecę. Dogoniłem. W sumie nawet nie było to trudne. Zaparłem się nogami i wyciągnąłem ręce, aby zatrzymać atak mojego wroga. Dotknąłem i poczułem jak ręce zaczynały mnie palić. Tak, to jest jeden z tych bardzo silnych ataków. Jeden z tych, który niszczy milimetry twojej własnej ochrony energetycznej. Przez to, atak wypala ci tyle samo milimetrów skóry. A jeśli nie masz tyle siły, aby zatrzymać atak, to wypala ci coraz więcej. Aż dochodzi do tego, że nie jesteś w stanie niczego blokować i po prostu giniesz. Bardzo fajna sprawa, z uwagi na to, że właśnie mam taką sytuację. Nie uda mi się przeżyć tego ataku. Ale samą kulę powstrzymam. Wystarczy, że złącze swoją energię z energią tej kuli. Wtedy wprawdzie zginę na miejscu. Ale miasto ocaleje. Może to i lepiej? W końcu zawsze chciałem być bohaterem. W sumie to nawet żyć mi się już nie chce. Gdyby nie ta praca, to bym się zanudził tym życiem. A tak mamy tutaj psikusa, ktoś mnie zaraz zabije. W sumie nawet chciałbym uścisnąć dłoń i podziękować osobie która mnie zaraz zabije. Ale chyba nie zdążę przed tym, jak mnie zabije. Zostanę bohaterem mamo. Jesteś ze mnie dumna? Choć, z drugiej strony, to pewnie będzie jej smutno. W końcu jej jedyne dziecko zaraz zginie. Wprawdzie w bardzo chwalebny sposób. Ale czym jest chwała, kiedy się po prostu nie wraca? Wspomnieniem? Trochę mi szkoda mojej matki. Do tego żonę mam. I dziecko w drodze. Jak oni będą się czuli po mojej śmierci? I co z moim dzieckiem? Mam je osierocić zanim się jeszcze urodziło? Ma nie widzieć go wcale? Nie słyszeć jego pierwszych słów? Nie sprzeczać się z nim, nie przeżyć tych wszystkich chwil z nim? Będę bohaterem. Ale nie zrobię tego. Nie dam się zabić tutaj. Nie mogę. Zatrzymam tą kulę energii. Muszę tylko włożyć w to więcej siły. Muszę to zatrzymać za wszelką cenę. Udało się. Nareszcie. Kula energii została zniszczona. Teraz trzeba dobiec do atakującego. Stoi tam. Podbiegam do niego.
-Nie zabijesz mnie dzisiaj!
Krzyknąłem i zmarłem z wycieńczenia.

Trzy Fazy

*Zakochanie
   Wszyscy mówią, że dzień zakochania się, jest najpiękniejszym dniem życia. Ja swój pamiętam bardzo dokładnie. To była impreza u mnie, jakich wiele było. Wiele też osób było, między innymi jedna z moich przyjaciółek, którą znałem już długo. Ale tak naprawdę, zaczęło się dopiero wtedy. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Przez całą imprezę, powoli zbliżaliśmy się do siebie. Nikt wtedy tego nie widział, ale myśmy wiedzieli. Tego dnia spała u mnie w pokoju. Wiele razy było tak, że ktoś u mnie spał. Zwykle po 2, 3 osoby. Ale wtedy u mnie miała spać tylko ona. Pokój mam na tyle duży, że spokojnie zmieściło by się 5 osób. Ona miała spać na łóżku, ja na wyciąganym na specjalne okazję, pseudo łóżku. Kiedy wszyscy poszli, myśmy się położyli spać. Ale nie spaliśmy, tylko rozmawialiśmy. I to bardzo długo. Ale w pewnym momencie, ona przestała mówić. Zapadła wtedy bardzo dziwna cisza. Po długiej chwili, powiedziała, że chciała by, abym spał koło niej. Na początku próbowałem się wykręcić. Jestem dość skryty i strachliwy, jeśli chodzi o kontakty między ludzkie. Ale w końcu dałem się namówić i położyłem się koło niej. Chciałem się wtedy przytulić i pójść spać, aby następnego dnia, obudzić się przy niej. Ale ona miała lepszy pomysł. Wyciągnęła pistolet i strzeliła mi w serce.
*Miłość
   Wszyscy mówią, że najpiękniejszym dniem życia, jest dzień własnych zaślubin. Nigdy nie zapomnę swojego ślubu. Bardzo wielu gości. Bardzo wiele wydatków. I wiele przelewającego się szczęścia dookoła. Wszyscy szczęśliwi, rozradowani. Nie pamięta o problemach. Nie czas na to. Ksiądz gotowy. My przy ołtarzu także. Aż doszło do wszystkim znanych słów.
-Czy ty Prawdziwy Ja, chcesz tą tutaj Wymarzoną Dziewczynę za żonę?
-Chyba nie.
-Czy ty, Wymarzona Dziewczyno, chcesz tego tutaj, Prawdziwego Ja, za męża?
Zawsze była małomówna. A jeśli coś odpowiadała, to tak jak ja tego chciałem. Nigdy nie było między nami sprzeczek. A jeśli było, to tylko dlatego, że ja tego chciałem, żeby ona się sprzeczała ze mną. Po tym wszystkim, ksiądz wypowiedział standardową regułkę w stylu: „możesz już pocałować pannę młodą”. Jaką pannę młodą, ja się pytam? Uznałem, że nadszedł czas. Wyciągnąłem pistolet i strzeliłem sobie w serce.
*Prawda
   Mowa przez wszystkich przemawia, że najpiękniejszym dniem w życiu, jest ten, w którym widzi się narodziny innego życia. Tak, dorobiłem się dziecka. Zawsze chciałem wychowywać syna. Ewentualnie córkę. A jak już wychowywać, to przynajmniej trójkę. Tylko dzięki komu? Im dalej, tym więcej pytań. Jak ja to wszystko mam zrobić? I kiedy w ogóle zacznę coś robić? Wiele osób mi już mówiło, jak się zmienić mam, aby osiągnąć to, co wielu ma od tak. Bo bardzo wielu mówi, ale tak naprawdę, to czy mówią prawdę z serca, czy z rozumu? Teraz muszę zadbać o wiele więcej rzeczy, choć zdaję sobie sprawę z góra trzech. Czas na wiele wyrzeczeń, choć nie umiem sobie wyobrazić ani jednego. Teraz wreszcie nadszedł czas na zmiany. A może ja już się zmieniłem o wiele wcześniej? Teraz to tylko kontynuacja moich wcześniejszych pytań? Pytanie tylko, czy znalazłem odpowiedzi? Każdy kto podchodzi, ma pistolet w ręku. Poklepuje mnie po ramieniu. Gratuluje mi. I strzela w drzwi, albo ścianę. Tylko, czemu ja tam nie wchodzę?
*Posłowie
   Mówią wszyscy, że najgorszym dniem w życiu, jest ten, w którym się kończy. Tutaj nie ma co pamiętać. Nie pamięta się swojej śmierci, bo teraz to już jest byt w zupełnie innych kategoriach. Pamięta się chwilę przed śmiercią. Pamiętam, jakim byłem nieprzyjemnym starcem. Pamiętam, że syn mi powiedział, że mimo wszystko mnie kocha i będzie się mną opiekował. A tyle razy mu mówiłem, żeby mnie odesłał do domu starców. Gdzie nikomu bym nie wadził, a zajęli by się mną ludzie, którzy się na tym znają. Nie słuchał. Teraz umarłem na jego fotelu. W sumie to nawet dobra śmierć. Umrzeć ze starości, wtedy kiedy już czas, a nie wtedy, kiedy tak wypadło. No ale cóż. Już na mnie czas. Ciekawe, czy pójdę do nieba, czy może do piekła. Jak sobie wyobrażam niebo? Niebo dla mnie przypomina życie. Każdy ma przy sobie pistolet, ale nikt nie ma amunicji. A piekło?

Rozdział 2 – Święto nie do kochanych

    Wstałem dzisiaj rano. Nie musiał mi ból głowy mówić, że dzisiaj będzie zły dzień. Wystarczyło, że robił to kalendarz, bo dzisiaj 14 Lutego – dzień zakochanych. Ale ból głowy i tak mi przypominał o tym, że dzisiaj jest naprawdę zły dzień. Kto go prosił?
    Dzisiaj wiele par powie sobie komercyjne „kocham Cię”, tak jakby nie mogły tego mówić w żaden inny dzień roku. On przygotuje kolacje, kupi pierścionek i paczkę prezerwatyw. Ona przygotuje się na długą grę wstępną i szybki numerek. Wszystko jak co dzień, z tym, że dzisiaj będzie to kosztowało o wiele więcej i wszyscy się będą tego spodziewać. A ona nawet weźmie parę tabletek na ból głowy, tak profilaktycznie. Wszystko oczywiście z czerwonym serduszkiem, aby atmosfera była odpowiednia.
    Zadziwiające, że akurat czerwone serduszko, które nijak nie przypomina realnego, jest symbolem miłości. Ciekawe kto wymyślił taki kształt i kolor? Może ktoś, kto za często widział dupę swojej żony, że postanowił to uwiecznić na górze „serduszka”? To dlaczego na dole jest taki szpiczasty trójkąt skierowany w dół? Może chciał przestrzec innych, że miłość to spadanie w dół i bez trójkąta małżeńskiego się żyć nie da? A kolor czerwony dlatego, że od miłości może Cię krew zalać? Ten św. Walenty musiał być męczennikiem
    A swoją drogą, to ciekawe jak wyglądają walentynki w związku, gdzie obydwoje są masochistami? „Kochanie! Z okazji walentynek chciałabym ci przypierdolić tą siekierą w twarz.” A w odpowiedzi: „Wiem, że mnie kochasz kochanie, ale ja Cię tak mocno kocham, że chcę pierwszy dać Ci prezent na walentynki. Zrzucę cię z 10 piętra.” Miłość jednak nie zna granic. A w związku sadomasochistycznym? „Cześć kochanie. Rozbierz się, a ja z okazji walentynek przywiąże cię do krzesła i popieszczę prądem.” Ci to pewnie nudzić się będą, jak prądu zabraknie.
    10 rano. Trzeba iść do sklepu, po bułki. Z każdego sklepu zaatakują mnie czerwone serduszka. Chleb w kształcie serduszka, pizza w kształcie serduszka, lizaki w kształcie serduszka z napisem „kocham cię”. Zastanawiam się, kiedy zaczną sprzedawać owoce w kształcie serduszka. Taki banan w kształcie serduszka z napisem „Jak mnie kochasz, to mnie zjedz. A jak mnie zdradziłeś, to się udław.”. Ciekawe jaka kobieta by tego nie kupiła? Ciekawe jaki facet by się bał nie bał zjejść czegoś takiego?
    Jakoś mi się nie udziela ten nastrój walentynkowy. No bo jak ma mi się udzielać, skoro jestem sam? A może to święto jest skierowane do mnie też? Tak! Na pewno sprzedawcy chcą, abym kupił drogie czerwone wino i się nim najebał! Albo, żebym kupił sok pomidorowy. Ale nie! Oni chcą, żebym oddał krew! I dał swoje serce do przeszczepu. Żeby jakaś stara schorowana babcia dostała młode serce. Zakochała się potem i przeleciała jakiegoś młodzieńca. Tak! To o to chodzi! Nie mam partnerki to nie jestem godny życia w społeczeństwie. Ale ja was przejrzałem i nie dam się!
    A tak swoją drogą, to ciekawe czy idzie się jakoś wbić w ten nastrój? Może ktoś wynalazł jakiś syrop na „zły nastrój w walentynki”? Albo tabletkę? Ale ja głupi jestem! Przecież ktoś już to wynalazł! Nazywają to „Viagra”. Ciekawe czy jak łyknę sobie tego, pobiegnę nago do parku i pomacham… ręką, to czy jakaś staruszka się zlituje i powie mi: „z okazji walentynek z chęcią cię przelecę”. Ale wole nie. Jeszcze jakiś pedał z chujem w ręku zacznie mnie gonić. Albo gorzej! Jakiś świadek jehowy z biblią w ręku zacznie mnie nawracać! To byłby horror.
    Przeszedłbym się po parku. To mnie uspokaja. Ale dzisiaj nie ma sensu tam iść. Będzie tam wiele zakochanych pożal się Boże par. Nie ma sensu iść. A przynajmniej nie bez kałasznikowa i zapasem amunicji.
    Za każdym razem kiedy widzę te wszystkie całujące się pary, mam ochotę wyciągnąć siekierę. Każda para całująca się wygląda jakby jednej stronie odcięto język, więc chce go podpieprzyć drugiej stronie. A później druga strona cała zakrwawiona w migowym krzyczy: „gdzie mój język?”. Na to pierwsza strona, nie mniej zakrwawiona, ale szczęśliwa, dumnym głosem: „ktoś się nie bał i zajebał”. I wtedy zaczyna uciekać. Ciekawe czy już planowali małżeństwo? Może już byli u księdza na zapowiedziach? „Wie ksiądz, ślub się nie odbędzie, bo mój przyszły ukradł mi język i wyjechał do Meksyku.” A ksiądz na to: „shit happens”.
    Czas wyjść z domu. I co widzę? Walentynkowa promocja w sklepie z komórkami: „jak kupisz komórkę, drugą dla swojej ukochanej dostaniesz gratis”. Walentynkowa promocja w sklepie z odzieżą: „jak kupisz jedną sukienkę, to drugą dla swojego ukochanego dostaniesz gratis”. Walentynkowa promocja w sex shopie: „jeśli kupisz dzisiaj wibrator, to zestaw prezerwatyw dla całej rodziny – gratis”. I oczywiście klinika kardiologiczna: „z okazji walentynek darmowe badanie serca”.Ale przecież wszyscy wiedzą, że zakochanie to choroba umysłowa, a nie kardiologiczna. Ale co tam. Niech będzie. Ciekawe czy tam sprzedają bułki w kształcie serca? Albo mięso sprzedają? Albo może żywe pielęgniarki na wagę? Im mniejsza, tym drożej zapłacisz.
    Ciekawe jaka jest promocja w sklepie z bronią? „Za kupienie strzelby w walentynki darmowe 2 naboje – dla ciebie i twojej ukochanej”. Aż chce się zapytać: kiedy jest dzień teściowej? I ile strzałów z metra w twarz taka teściowa przetrzyma? Swoją drogą, to w takich sklepach sprzedają także łuki i strzały. Dobrym sposobem byłoby zawiązać sobie sznur na strzale. Upolować taką strzałą jakąś laskę, strzałem w serce. Tak poudawać takiego małego, sadystycznego, amora. Pociągnąłbym wtedy za sznur i miałbym wesołe walentynki. Wprawdzie musiałbym wtedy zmienić orientację seksualną z heteroseksualny, na nekrofil, ale co tam. Z tą strzałą byłbym taki pociągający. Żadna kobieta nie była by w stanie się oprzeć. Szkoda tylko, że policjanci już tak.
    Ciekawe co robią inni samotni w ten dzień? Idą do baru ze znajomymi? Idą na tańce zapoznawcze? Podcinają sobie żyły? A to wszystko z nudów. Pewnie producenci żyletek też odczuwają wzrost sprzedaży w walentynki.
    Cóż. Dzisiaj wszyscy się cieszą. I zakochani konsumenci, i sprzedawcy pod deszczem forsy. A może ja też sobie kupie coś, co będzie dobre dla mojej duszy? Coś w stylu arszeniku? Napiszę w pożegnalnym liście, że mnie pracodawca rzucił. Była by niezła afera. Ale czymś w końcu trzeba się zająć w walentynki, prawda?

Zaczytany czytelnik

    Skończył. Siedział na sedesie. Ale nie o łazienkę tutaj chodzi. Zawsze podczas długiego posiedzenia czytał książkę. Dzisiaj ją skończył. Była to bardzo gruba książka. Obracał ją w rękach, oglądał, przeglądał ją raz jeszcze. Może szukał jakiego głębszego przekazu? Nikt nie wie. Mało kto wie, że ją w ogóle czytał.
    Ubrany był na czarno. Nie był w żałobie, po prostu lubił ten kolor. Lubił muzykę metalową, a na koszulce obrazy, które mogą obrazić niejedne uczucia religijne. Nie był młody, miał koło 30-stki. Od wielu lat czytał tą książkę i jakoś nie umiał skończyć.
    Myślał o tych wszystkich dniach spędzonych z tą książką. Miał ją na wycieczce do Japonii. Czytał ją, kiedy się dowiedział, że jego brat walczy o życie w szpitalu. Miał ją w dniu ślubu i wtedy kiedy mu się syn urodził.
    Nie mógł się nadziwić, że wreszcie ją przeczytał. Ale oto nastała chwila w której nie zostało nic do przeczytania. Z dumą popatrzył na książkę. Przeczytał tytuł na głos: „Biblia” i zaczął czytać od początku.

    O co chodzi w tej historii? O to, że gostek jest metalem w wieku 30 lat? Że jest metalem i czyta biblię? O to, że lubi czytać w łazience? A może o kontrast czytania Biblii podczas srania? Trudno powiedzieć, co nie? Myślisz nad tym. Próbujesz rozwiązać tą zagadkę. Aż po jakimś czasie dochodzisz do jednego sensownego wniosku. Prawda tak prosta, tak płytka, że trudna do wypowiedzenia.
    Dochodzisz do wniosku, że autor tej krótkiej opowiastki zadrwił sobie z Ciebie czytelniku i jedynym celem przeczytania tego krótkiego tekstu, jest przeczytanie jednego i jakże pięknego słowa: KONIEC.

Bajka nie dla dzieci

    Każdy może napisać historię. Wystarczy cel i opis jego dążenia. Ale wszyscy piszą tak schematycznie: od początku do końca. A może tak trochę na odwrót?
    Na końcu wielkie zło ginie. Ale co lub kto to mógłby być? Wiem! Czarodziej. Oni się zawsze kojarzą z wielką siłą. Jednak naza “czarodziej” brzmi jak z opowieści dla dzieci. Może lepiej “mag”? Albo jeszcze lepiej “czarnoksiężnik”, aby podkreślić jego złą naturę. No więc mamy czarnoksiężnika, który ginie na końcu. Ale to jednak mało informacji. Nazwijmy tego czarnoksiężnika jakoś mrocznie. Może “Mroczny Czarnoksiężnik”? Nie, zbyt oklepane. Ale z drugiej strony, to i tak oklepana historia, więc niech będzie.
    Mroczny sobie ginie. Ale gdzie? W zamku. We własnym zamku. Przecież jak jest zły i mroczny to musi mieć taki, a nie inny zamek. No i w zamku trolle i orki. Nie wiem skąd się wzięło, że trolle i orki są złe Pewnie dlatego, że trolle i orki są wyobrażane jako brzydki. A wszystko co obrzydki musi być złe, a co piękne musi być dobre. To zahacza o rasizm, ale co tam. Niech mroczny też będzie brzydki.
    Najlepiej by było, gdyby Mroczny był geniuszem zła, a reszta to straszne głupki i tępaki. Do tego zło w Mrocznym musi same go zabić, żeby pokazać jakie te zło jest złe. Przecież to bajka dla dzieci.
    No i mamy zameczek Mrocznego. Ale czegoś tu brakuje. Niech pomyśle… Wiem! Musi być dziewczyna. Przepiękna, więc jest super dobra “i w ogóle”. Mroczny ją porwał. Do tego ta dziewczyna to musi być księżniczka, żeby pokazać, iż bez pieniędzy i stanowiska nikt szczęśliwy być nie może.
    No to mamy zło, zameczek i księżniczkę w zamku. Czas teraz zrobić trochę treści. Zamek jest na jakieś górze, żeby trudniej było się do niego dostać. Przed tą górą jest wioska czcząca Mrocznego i nie ufająca obcym. Bo przecież za łatwo nie może być. Wszystko musis się sprzeciwiać głównemu bohaterowi, żeby pokazać, iż życie piękne nie jest.
    Mroczny stworzył zamek wieki temu. Bo oczywiście zło jest nieśmiertelne, do czasu, kiedy jakiś piękny rycerz w ślniącej zbroji go nie zabije. Pokażmy dziecią, że rzeczy bezsensownie głupie, jak zaatakowanie maga, który zabija z odległości 100 metrów, mieczem daje efekty i nie kończy się źle. Wystarczy być dobrym “i w ogóle” i wszystko będzie dobrze.
    Wcześniej przed stworzeniem zamku Mroczny stworzyłwioskę pełną szkieletów, a teraz wszyscy dzięki zaklęciu mają wygląd ludzi. Bo wiecie, każdy zły jest samotny. Nikt go nie kocha i w ogóle jest szpetny. Pokażmy, że źli ludzie nigdy nie są w grupach wieloosobowych. A tak naprawdę to tylko dobrze się trzymają w kupie, a każdy kto jest inny, nie ładny, nie pasujący, jest złym.
    Mroczny zanim był taki mroczny i zanim stworzył wioskę szkieletorków był magiem służącym jakiemuś mądremu królowi. Bo na górze są sami mądrzy i prawi ludzie. Ale Mroczny był zły, szpety, itp, więc go zabił. Pokażmy, że dobrzy ludzie są słabi i dają się łatwo zabić.
    Oczywiście przed tym Mroczny nie był mroczny. Był dobry, sprawiedliwy, ah i oh! Jednak zaczął poznawać czarną magię ( która z natury i nazwy jest czarna ). No i ta sztuka zrobiła z niego wielkiego złego. Pokażmy naszym kochanym dzieciom, iż każdy kto wie za dużo, jest zły. Że wiedzy się trzeba wystrzegać.
    Przed tym wszystkim Mroczny był mądrym i pilnym uczniem. Uczył się od najlepszych z aspiracją, żeby samemu być najlepszym. Pokażmy, że tylko mądrzy i inteligętni mogą być zli. Czyli najlepiej nie być mądrym i pilnym, prawda?
    Ale oczywiście Mroczny urodził się jako normalny, zwykły człowiek. Jednak zło zrobiło z niego złego. Innymi słowy: to kim jesteśmy nie zależy od nas, tylko od “zła” i “dobra”.
    A główny bohater? To ah i oh, rycerz na białym konium który zabija złego na kończu opowieści, aby uratować, ah i oh, księżniczkę. Dzieci się ucieszą, że aby być “ah i oh”, trzeba mieć najlepsze i ślniące rzeczy. Że bez pieniędzy nie można być dobrym. I wreszcie, że dobrych ludzi spotykają tylko dobre rzeczy.
    A wcześniej to wszyscy nie żyli, a jeśli nawet żyli, to pewnie nie szczęśliwie. Bo przecież nikogo nie obchodzi co się działo wcześniej.

Odcinek 4

    Ale co z powrotem do domu? Przecież chodząc tak i poznając świat nie dojdę do domu. Może by tak zawołać „mamo”? Kiedyś to odnosiło skutek, ale czasy się zmieniły. Nie, to już nie jest ten świat co kiedyś. Słyszałem nawet, że teraz świat jest dorosły. Zastanawiam się co to znaczy.
Wiem! Wezwę taksówkę. Ona powinna wiedzieć jak dojechać do mojego dmu. Ale jak wezwać taksówkę? Może po prostu powiem:
-Taxi!
Czekam. I nic. Pewnie ten u góry nie usłyszał. Może krzyknę głośniej:
-Taaaaaxxxxxxxxiiiiii!
-Zawrzyj ryj!
Czyżby ten u góry odpowiedział? Pierwszy raz do mnie przemówił. To dla mnie cudowna chwila. Ale nie. To jakiś stary babsztyl w oknie na 2. piętrze.
-Jak pani śmie udawać Boga?!
O! Trzeba się oddalić, bo „ta u góry” zaczęła rzucać niezidentyfikowanymi obiektami spadającymi wprost na nasze głowy. Pewnie myśli, że biedny jestem i że potrzebuję pomocy materialnej. Ale ja na takie rzeczy za dobry jestem. Innym na pewno się ta stłuczona doniczka bardziej przyda. Ale dziękuję. Są jednak na tym świecie dobrzy ludzie.
-Przy panie odzyskuję wiarę w ludzi! – krzyknąłem
-Spierdalaj!
Czyżbym słyszał?! Nie… Ona nie powiedziała „kocham Cię” prawda? Na wszelki wypadek się oddalę.
    No więc znów idę, modląc się o to, żebym mógł do domu dojść. Ale co ja czuję? Co za smród. Ciekawe co to? Wiem! To ten leżący na chodniku facet. Tak od niego śmierdzi, że mógłby się przesunąć! Ale nie! On sobie tutaj leży bezkarnie i nie ma zamiaru się przesunąć. Co za grubiaństwo i bak mydła. Ale zaraz. Jemu może coś być. Może jest chory? Albo ranny? Albo napadły go stare babcie, którzy widziały w tym biednym człowieku bogu ducha winnego satanistę? Co za biedak. Zaraz mu pomogę. Ale ten smród jest nie do wytrzymania. To pewnie żul, który wypił za dużo i zasnął z nadmiaru alkoholu. Nie ma sensu mu pomagać. Zasłużył na to. Zadzwonię po policję! Wezmą go na izbę wytrzeźwień. Tak! Ale nie mogę tego zrobić. Za taką izbę trzeba płacić. A ten żul jest w stanie zapłacić tylko za tanie wina. Nie mogę mu tego zrobić, bo to w końcu tylko niewinny i biedny żul. Zostawię tego biedaka. Ktoś inny pewnie się nim zajmie. Dużo tutaj jest ludzi. Wszyscy omijają żula szerokim łukiem. Pewnie im ten żul śmierdzi. Jak oni mogą go tak omijać? Przecież ten człowiek może być w potrzebie. Ale nie. Ludzi nic to nie obchodzi. Mają własne sprawy. Własnych żuli do ratowania. Nie potrzebnym im dodatkowy. A ten tutaj żul jest sam. Biedny. Szkoda, że nikt nie chce mu pomóc. Cóż. Zostaje mi ci życzyć szczęścia biedny żulu.
    Ale zaraz. Co ja widzę? Taksówka. Pewnie czeka specjalnie dla mnie. Trzeba wejść. Wchodzę. Wszedłem. Taksówkarz nie jedzie.
-Proszę pana, proszę jechać!
-A gdzie?
A właśnie! Nie powiedziałem gdzie. Taksówki mogą wozić nie tylko do domu, ale także z domu gdziekolwiek sobie zażyczę. Co za genialna i praktyczna technoliga.
-Do mojego domu proszę.
-Że co?
Co znowu? Następna osoba mnie nie rozumie. Co za los. Czyżby ludzie nie rozumieli zdania ze słowami „mój dom”? To pewnie to. Ale jak im to wytłumaczyć?
-Ale jaka ulica? – zapytał.
-No jak to jaka? Moja!
-Ale nazwa?
Nazwa? Zaraz, zaraz. Mama mi dała specjalną karteczkę, dzięki której, będę mógł komunikować się ze światem. Wręczyłem i pojechałem do domu. Nareszcie.

Historie Pana Władka – Odc. 3

Oddała mi skasowany bilet. Ale po co mi skasowany bilet? Miałaś rozmowę rozpocząć! Jak tak ludzie mogą?! Czy ja proszę o zbyt wiele? Nie lubię cię już! A masz!
-Pani intelektualne osądy stoją na poziomie Australopithecusa!
No! Teraz ci pojechałem po ambicjach. Dawno tak chamsko komuś nie pojechałem. Oby cię zabolało jędzo!
-Oh! Dziękuję. Jaki pan miły.
Że co? Że jak? Ludzie słyszą jakiś mądry wyraz i już się cieszą. Nikt mnie na tym świecie nie rozumie.
-Masz małe piersi!
Zadziwiające ilu ładnych „mężów stanu” przyszło bronić jednej głupiej kobiety. Zostałem subtelnie poproszony o opuszczenie autobusu. Może powiedzieć, że wręcz nosili mnie na rękach. No i znowu jestem na przystanku. Czas chyba wracać do domu. Dobra myśl! Tylko mam małe pytanie: gdzie ja do cholery jestem? Wiem! Spytam kogoś o drogę! Na pewno się z kimś zapoznam. Ktoś idzie:
-Przepraszam, jak mogę dojść do mojego domu?
-Spadaj pan! I nie ćpaj pan więcej.
Nie ćpaj? Znaczy mam go nie pytać więcej? No dobrze, ale dlaczego? Pewnie nie zrozumiał tego co do niego powiedziałem, jak ta kobieta z autobusu. Mój poziom intelektualny jest pewnie za wysoki. Spróbuje zniżyć się do ich poziomu. O! Ktoś idzie.
-Przepraszam, jak mój dom dość do?
Zaśmiała się. Dlaczego? Czyżbym powiedział coś śmiesznego? Ale to nie możliwe. Nie opowiedziałem kawału ani nic. Wiem! Pewnie jestem za inteligentny na takie proste rozmowy. Pewnie coś przekręciłem lub coś. Cóż. Pozostaje mi tylko iść przed siebie. Kiedyś dojdę do domu przecież. Świat chyba nie powinien być zbyt duży, prawda?
    Dom widzę. I następny. Czuje się jak w cyrku. Tutaj ładny żółty dom. Tutaj natomiast zielony. A naprzeciw czerwony. A tu nagle rozsypująca się szara kamienica. Ludzie nie mają za grosz gustu. Zaraz pewnie zobaczę dom w różowe ciapki. Albo byka namalowanego. O! Jest namalowany byk. Nawet ludzie sobie podpisali swój dom: „kuchnia meksykańska”. A co mnie do ciężkiej cholery obchodzi w jakim stylu oni mają urządzoną kuchnię? A w ogóle kuchnia to nie wszystko. Pewnie łazienkę mają obskurną. Ludzie zrobią wszystko, aby się pochwalić.
    I znów rozsypująca się kamienica. Pewnie lokatorzy nie płacą. Ludzie bez pracy, bo pewnie boją się roboty chwycić. Wychodzą na dwór i co? I chleją! Ale zaraz. Może kupię butelkę i zaznajomię się? Miałbym przyjaciół kiedy będę chciał. Ale nie. Taka znajomość byłaby fałszywa. Do tego jak z takimi znajomościami się na mieście pokazać? „Cześć, jestem mgr. Inż. Chemii i mam znajomych żuli.” Tak! To jest moje marzenie. Zostanę mgr. Inż. Chemii. Wtedy bym poznał pełno magistrów na moim poziomie intelektualnym. Ale po co by mi wtedy byli znajomi żule? Może do eksperymentów? Ale nie. Na studiach dadzą mi specjalnie dobranych żuli do eksperymentów. {Poznawanie żuli to zdecydowanie zły pomysł. Trzeba iść dalej.
    Tylko ja nadal nie mam pojęcia gdzie jestem. Może zaraz dojdę na koniec świata? Albo dojdę do Chin? Swoją drogą nigdy nie byłem w Chinach. Warto byłoby wziąć mapę i się tam wybrać autobusem. Pewnie będzie trzeba wziąć bułkę ze sobą. I papier toaletowy, bo tam chyba nie ma normalnych łazienek. A swoją drogą to czemu tam nie jest normalnie? Muszą udziwniać sobie życie. Mówią innym językami i jeszcze udają, że nie rozumieją normalnego. Ci ludzie to dopiero głupi są. Jakby nie mogli wszyscy mówić normalnie? Ale nie. Oni muszą mieć własny język. Co za egocentryzm! Nie! Zdecydowanie nie chcę tam jechać. Jeszcze po temu „ichniemu” będą mnie obrażać. Albo spytają o godzinę, a ja nie będę w stanie rozwinąć rozmowy. Co to byłby za wstyd. Co za strata… Strata dla tej osoby, bo nie będzie w stanie ze mną porozmawiać. Nie! Nie chcę tam jechać. Nie ma sensu sobie nawet bułki robić.

Odcinek 2.

    Idę dalej. Nie ma sensu tutaj stać. Jeszcze ktoś pomyśli, że zwariowałem. Wezwą karetkę i mnie zabiorą. O jak fajnie. Poznam lekarza. A może nawet pielęgniarkę i salowego. Jest też możliwość, że spotkam tam innych ludzi, takich jak ja: szukających innych ludzi.
    Stoję tak już przez chwilę. Nikt się nie zainteresował. Nic ich nie obchodzę. Położę się, zacznę im przeszkadzać. Może wtedy mnie zobaczą. Nie, wtedy mnie podeptają, jak chodnik. A idźcie sobie! Nie potrzebuję was. Po prostu idźcie! Ale tutaj nikt nie chodzi.. W końcu to przystanek autobusowy. Wszyscy tutaj stoją i czekają na autobus. Co ja ich obchodzę? Ale zaraz,, zaraz. Może ktoś się mnie o godzinę spyta? Tak! Przecież mam zegarek. Postoję chwilę i ktoś na pewno się mnie o godzinę zapyta. A wtedy ja znienacka zacznę rozmowę.
    No i stoję jak kretyn. Nikt nie zagadał. Bo i po co? A może tak podwinąć rękawy? A wtedy na pewno będą widzieć mój zegarek. Ale nie. Pewnie pomyślą, że jestem jakimś napakowanym dresem, i że prędzej chcę kogoś skopać, niż powiedzieć która godzina. Boją się mnie biedni. Z drugiej strony jednak, mam zegarek. Ale nie. Wszyscy mają własny.. Pewnie także im imiona nadali:
„-Cześć Czesiek! Która godzina?
-Zaraz spojrzę na Marka i Ci powiem.”
Co za ludzie! Nie dość, że bez kultury, to jeszcze niewyobrażalnie głupi. Nie wytrzymam z tymi ludźmi. Jak oni tak mogą? Z drugiej jednak strony, może oni czują się samotni? Nie mają przyjaciół, to nazywają koty, psy, rzeczy martwe imionami, żeby nie czuć się samotnymi. Pewnie nie umieją pójść na miasto i zagadać. Żal mi ich.
-Przepraszam. Która godzina?
Zapytał mnie ktoś. Mnie! Jak to możliwe? Dobra! Nie czas na dygresje. Muszę szybko odpowiedzieć i rozpocząć rozmowę.
-14:01 Ale czy nie uważasz, że sierpniowe słońce przypieka dzisiaj kwiaty zbyt mocno?
Popatrzyła się na mnie bardzo dziwnie. Czyżbym miał krostę na nosie? A może na czole? Albo nie! Moje włosy są nie ułożone! Tak! To na pewno to. Ale nie. To na pewno nie to. Mam czapkę na głowie, więc to na pewno nie to.
-Dziękuję bardzo.
I szybko odeszła. Jak ona śmiała? Czyżbym był dla niej aż taki brzydki? Ci ludzie! Chamscy, głupi, bez kultury i co gorsza, bez gustu! Nie wytrzymam z tymi ludźmi. Ale zaraz. Jaki ja jestem głupi! Ona mogła nie zrozumieć mojej intelektualnej mowy. Pewnie nie wiedziała co ja mówię, przestraszyła się i uciekła. Przestraszyłem ją. Żal mi tych płochliwych istot. Ciężko pewnie było jej uciekać przez te zaspy śniegu.. W końcu grudzień jest. Lubię śnieg, ale ktoś w końcu powinien naprawić ogrzewanie w dworze, bo wytrzymać z zimna nie mogę.
    Przyjechał autobus. Ludzie wsiadają. Kasują bilety. Teraz jest duży tłok, więc pewnie będą musieli kogoś poprosić, żeby skasował im bilet. Ale to jest myśl! Mogę tak zrobić. To będzie dobry powód, aby zacząć rozmowę. Wchodzę!
Nie widzę nic poza ludźmi. Człowiek tu, człowiek tam. Wszyscy ściskają się. Nie widzę kasownika, a nawet gdybym widział, to nie mógłbym podnieść ręki. Nam na to niezawodny sposób:
-Dobra! Teraz kto mnie za tyłek maca?
Powiedziałem głośno. Zadziwiające, że ludzie ściśnięci na maksa mogą się ścisnąć jeszcze bardziej. I już mam 1 metr luzu w koło. Gdybym sobie pierdnął, a zapach byłby bardziej morderczy niż cyklon B, to wszyscy by twardo stali i udawali, że nic się nie stało. Ale gdyby pierdnął głośno, choćbym pierdnął odświeżaczem do powietrza, to będę miał miejsce (testowane na ludziach). Ludzie śmieszni są, naprawdę.
    O!. Widzę kasownik. Wyciągam bilet i podaje jakieś kobiecie przy kasowniku. I czekam. Czekam. Nadal czekam. Stoję jak kretyn z ręką w górze i nic.
-Przepraszam. Czy mogła by mi pani skasować bilet?
-Aaa… Pan chciał bilet skasować…
Nie. Ćwiczę podnoszenie ciężarów małą kartką papieru. Czy ludzie nie mogą się domyślić?
-Proszę.
Oddała mi skasowany bilet.