Archive for the 'Proza' Category

Page 4 of 4

Odcinek 2.

    Idę dalej. Nie ma sensu tutaj stać. Jeszcze ktoś pomyśli, że zwariowałem. Wezwą karetkę i mnie zabiorą. O jak fajnie. Poznam lekarza. A może nawet pielęgniarkę i salowego. Jest też możliwość, że spotkam tam innych ludzi, takich jak ja: szukających innych ludzi.
    Stoję tak już przez chwilę. Nikt się nie zainteresował. Nic ich nie obchodzę. Położę się, zacznę im przeszkadzać. Może wtedy mnie zobaczą. Nie, wtedy mnie podeptają, jak chodnik. A idźcie sobie! Nie potrzebuję was. Po prostu idźcie! Ale tutaj nikt nie chodzi.. W końcu to przystanek autobusowy. Wszyscy tutaj stoją i czekają na autobus. Co ja ich obchodzę? Ale zaraz,, zaraz. Może ktoś się mnie o godzinę spyta? Tak! Przecież mam zegarek. Postoję chwilę i ktoś na pewno się mnie o godzinę zapyta. A wtedy ja znienacka zacznę rozmowę.
    No i stoję jak kretyn. Nikt nie zagadał. Bo i po co? A może tak podwinąć rękawy? A wtedy na pewno będą widzieć mój zegarek. Ale nie. Pewnie pomyślą, że jestem jakimś napakowanym dresem, i że prędzej chcę kogoś skopać, niż powiedzieć która godzina. Boją się mnie biedni. Z drugiej strony jednak, mam zegarek. Ale nie. Wszyscy mają własny.. Pewnie także im imiona nadali:
„-Cześć Czesiek! Która godzina?
-Zaraz spojrzę na Marka i Ci powiem.”
Co za ludzie! Nie dość, że bez kultury, to jeszcze niewyobrażalnie głupi. Nie wytrzymam z tymi ludźmi. Jak oni tak mogą? Z drugiej jednak strony, może oni czują się samotni? Nie mają przyjaciół, to nazywają koty, psy, rzeczy martwe imionami, żeby nie czuć się samotnymi. Pewnie nie umieją pójść na miasto i zagadać. Żal mi ich.
-Przepraszam. Która godzina?
Zapytał mnie ktoś. Mnie! Jak to możliwe? Dobra! Nie czas na dygresje. Muszę szybko odpowiedzieć i rozpocząć rozmowę.
-14:01 Ale czy nie uważasz, że sierpniowe słońce przypieka dzisiaj kwiaty zbyt mocno?
Popatrzyła się na mnie bardzo dziwnie. Czyżbym miał krostę na nosie? A może na czole? Albo nie! Moje włosy są nie ułożone! Tak! To na pewno to. Ale nie. To na pewno nie to. Mam czapkę na głowie, więc to na pewno nie to.
-Dziękuję bardzo.
I szybko odeszła. Jak ona śmiała? Czyżbym był dla niej aż taki brzydki? Ci ludzie! Chamscy, głupi, bez kultury i co gorsza, bez gustu! Nie wytrzymam z tymi ludźmi. Ale zaraz. Jaki ja jestem głupi! Ona mogła nie zrozumieć mojej intelektualnej mowy. Pewnie nie wiedziała co ja mówię, przestraszyła się i uciekła. Przestraszyłem ją. Żal mi tych płochliwych istot. Ciężko pewnie było jej uciekać przez te zaspy śniegu.. W końcu grudzień jest. Lubię śnieg, ale ktoś w końcu powinien naprawić ogrzewanie w dworze, bo wytrzymać z zimna nie mogę.
    Przyjechał autobus. Ludzie wsiadają. Kasują bilety. Teraz jest duży tłok, więc pewnie będą musieli kogoś poprosić, żeby skasował im bilet. Ale to jest myśl! Mogę tak zrobić. To będzie dobry powód, aby zacząć rozmowę. Wchodzę!
Nie widzę nic poza ludźmi. Człowiek tu, człowiek tam. Wszyscy ściskają się. Nie widzę kasownika, a nawet gdybym widział, to nie mógłbym podnieść ręki. Nam na to niezawodny sposób:
-Dobra! Teraz kto mnie za tyłek maca?
Powiedziałem głośno. Zadziwiające, że ludzie ściśnięci na maksa mogą się ścisnąć jeszcze bardziej. I już mam 1 metr luzu w koło. Gdybym sobie pierdnął, a zapach byłby bardziej morderczy niż cyklon B, to wszyscy by twardo stali i udawali, że nic się nie stało. Ale gdyby pierdnął głośno, choćbym pierdnął odświeżaczem do powietrza, to będę miał miejsce (testowane na ludziach). Ludzie śmieszni są, naprawdę.
    O!. Widzę kasownik. Wyciągam bilet i podaje jakieś kobiecie przy kasowniku. I czekam. Czekam. Nadal czekam. Stoję jak kretyn z ręką w górze i nic.
-Przepraszam. Czy mogła by mi pani skasować bilet?
-Aaa… Pan chciał bilet skasować…
Nie. Ćwiczę podnoszenie ciężarów małą kartką papieru. Czy ludzie nie mogą się domyślić?
-Proszę.
Oddała mi skasowany bilet.

Rozdział 1 – Sztuka chodzenia – Odcinek 1

    Idę sobie ulicą. Nie wiem po co to robię. Po prostu chodzę sobie. Co dziwniejsze, spotykam ludzi. Tak sobie chodzą, palą. Szukają swojej drogi, albo nią kroczą. Ludzi można spotkać wszędzie. W sklepie, w barze, czy też w domu w którym się mieszka. Świat jest pełen ludzi. Ciekawe skąd oni wszyscy się wzięli? Słyszałem, że bocian przynosi niemowlaki do domu rodziców. Przy kilku bilionach ludzi na świecie (słyszałem, że to nie przesada z tą ilością!), to ten bocian musiał się kurewnie dużo napracować. Słyszałem także, że rodzice niemowlaków szukają w kapuście. Przy tylu ludziach, to musiało być naprawdę duże pole kapusty. Jak oni tam się przed zającami bronią? Ale nie. Nie ma sensu o tym myśleć. I tak za to chleba nie dostanę.
    Ludzi można spotkać wszędzie. W sklepie, w barze, czy też w domu w którym się mieszka. Wszyscy ludzie sobie chodzą po dworze. Dziwne to jest uczucie, kiedy widzi się tyle nieznajomych twarzy. Po prostu się idzie, chce się zagadać. Ale nie. To nie moja sprawa. Nie moi znajomi. Podejdę. Spytam się:
-Przepraszam, która jest godzina?
Co to za pytanie: „która jest godzina?”? Czy nie mogę zapytać: „jak masz na imię?”. Nie, nie mogę. Od razu zostanę uznany za natręta, lub zboczeńca. Ludzie są tacy nie zdolni do zaznajomienia się. A może ja jestem tylko zwykłym samotnym człowiekiem, jak wy?
- 13:30
Odpowiedział. 13:30? Co ja tu robię o tej porze? Powinienem być w pracy. Ale nie. Nie jestem. Czemu wy wszyscy nie jesteście w pracy? Do szkoły może chodzicie, co? A może po prostu nie macie pracy? To takie proste poznać kogoś w pracy. Znasz bo musisz. Ale z drugiej strony, jak kogoś przestaniesz lubić, to i tak musisz go znać. A może, takich ludzi, których nikt nie lubi, ktoś inny zwolnił? Oni wszyscy tutaj na ulicy… Dlatego są tu na ulicy, a nie w pracy! Ktoś ich zwolnić musiał. Odejdź! Nie chcę cię znać, skoro inni też nie chcą. To się nie godzi, żebym znał kogoś, kogo inny nie chcą znać. Tak być nie może!
    Odszedł.
Jak on tak mógł?! Odszedł bez pożegnania. A przecież rozmawialiśmy. To mógł być początek znajomości. A nawet przyjaźni. Ale nie. Powiedział co miał do powiedzenia i poszedł. Pewnie teraz nawet mi suchego „dzień dobry” nie powie, jak się znów spotkamy. Co za chamstwo i brak kultury! Nie! Zdecydowanie nie chcę go znać!
    Ale do kogo ja teraz pójdę? Do kogo ja się teraz odezwę? A może odwrócę się i zacznę go gonić? Dogonię go i poproszę, żeby mi kawał opowiedział. Ale nie. Pewnie pomyśli, że gonię go, żeby mu komórkę ukraść. Jak zobaczy mnie biegnącego, to ucieknie. To może pójdę szybko po cichu? Nie zdąży uciec. Ale nie. Jak po cichu od tyłu do niego podejdę i wtedy zagadam, to nie ucieknie. Po prostu się przestraszy. Jeszcze umrze ze strachu na miejscu i co ja powiem policji? „To była samoobrona panie policjancie!” Nawet sąd mi nie uwierzy.
    Choć z drugiej strony, mógłbym poznać jakiegoś miłego pana policjanta. Z nim mógłbym się zaznajomić, zaprzyjaźnić. Ale nie. Policjant nie będzie chciał znać mordercy. Nawet z przypadku.
    A z resztą tamten i tak już zniknął. Ciekawe jak miał na imię? Może Zdzisław? Może Adam? Albo Hieronim? Wiem! Miał na imię Hildegarda! Nie, tak już nikt się nie nazywa. A jeśli się tak nazywa, to pewnie się tego wstydzi. Za rodziców się wstydzi. Pewnie byli pijani, kiedy nadawali mu to imię. I dobrze, że uciekł! Nie chciałbym znać kogoś, kogo rodzice są alkoholikami. Ja to jednak mam szczęście. Choć trochę mi żal tego Hildegardego. Mieć takich rodziców to nie lada problem dla młodego człowieka. Ale w sumie, to nie moja sprawa. Życzę ci jak najlepiej Hildegarda. Bądź zdrów i pozdrów rodziców!

Syn zła – odcinek 4

Rozdział 3 – stary znajomy
Dzień był gorący i duszny. Nasza trójka jednak niezmordowanie przemierzała piaski pustyni. Szliśmy tak bez słowa cały dzień, który chylił się ku końcowi. Pomyślałem, że można by zrobić postój. Popatrzałem na swoich dwóch towarzyszy. Dobrze znali drogę i nie zamierzali się zatrzymywać. Z resztą i tak nie było już daleko. W pewnym momencie spostrzegliśmy, że pustynie przemierzają dwie osoby. Szli w naszą stronę.
-Nartir. Ty masz dobry wzrok, widzisz co to za jedni? – spytał spokojnie Karitan
-Na razie, to ja widzę tylko jakieś kropki.
-Idziemy dalej, czy zbaczamy z drogi? – spytałem
-Nie! – odparł zdecydowanie elf – Wątpię, żeby chcieli atakować.
-A skąd takie przeczucie?
-Ludzie mają dziwny nawyk do oceniania świata tylko wzrokiem, mimo iż mają 4 inne zmysły. Do tego nie umieją przetwarzać informacji, które potrafią zebrać.
-A tak po naszemu mówić jeszcze umiesz?
Elf spojrzał na mnie z ogniem w oczach. Kontynuował jednak swój wywód spokojnie jakbym nic nie powiedział.
-Otóż, gdyby chcieli nas zaatakować, to by nie szli w naszą stronę otwarcie. Kryli by się. Do tego, kto by w dwie nieuzbrojone osoby atakował trzy uzbrojone?
-Mówiłeś, że widzisz tam tylko dwie kropki.
-Mówiłem to jakąś chwile temu. Teraz widzę, że to nie ludzie idą. Prawdopodobnie to trolle lub ogry. Nie jestem w stanie w tej chwili określić. Spotkamy się z nimi za jakieś 150 metrów. – po chwili milczenia – To dziwne.
-Co jest dziwne? – spytałem z wrodzoną ciekawością.
-Ten po lewej to ogr. Ten po prawej to troll.
-No i co w tym dziwnego? Prawdopodobnie pracują gdzieś na jakiejś posiadłości.
-Z tym, że to nie jest tyle troll, co trolka.
-Kobieta troll? Tutaj? To iście dziwne. Może ten ogr, to ochroniarz trollki. Troll, zamożny władca domu wysłał swoją żonę na zakupy do miasta. Wysłał także ochroniarza, żeby żonie nic się nie stało.
-Wszystko by się zgadzało, gdyby nie to, że ochroniarz jest bez broni.
-Dziwna rzecz, w istocie. A jak Ty myślisz?
-Myślę, że związki między gatunkowe są zakazane i potępiane na całym świecie. A oni właśnie uciekają.
-To co robimy?
-Nic. Przejdziemy, jakby nigdy nic. Jak już mówiłem, wątpię, żeby mieli nastrój do walki.
Więc przeszliśmy, bez słowa. Kiedy oddaliliśmy się, elf powiedział:
-Trolka jest brzemienna.
-Robi się coraz ciekawiej.
-Nie jesteśmy tu po to, aby rozmyślać o tym kto kogo przeleciał! – powiedział krasnolud z lekkim zniecierpliwieniem – A tak w ogóle, to jesteśmy na miejscu.

Syn zła – odcinek 3

Rozdział 2 – Życia dnia wczorajszego Dzieńž był gorący i duszny. Nasza trójka jednak niezmordowanie przemierzała piaski pustyni. Szliśmy tak bez słowa pół dnia. Ja nie chciałem jeszcze nic mówić, a oni nie pytali. Albo zaczęli już wierzyć, albo ich to nie obchodziło. Może po prostu znudziła się im karczma? A może po prostu chcieli zakońžczyć sprawę z Daktrolem? Nikt chyba nie znał ich zamiarów ani tego dnia na pustyni, ani 100 lat temu. Daktrol. Nazwa pochodząca z języka starych magów. Oznaczała mniej więcej “stwór z energii”. Tak naprawdę nazywali tak wszystko, co nie miało materii, a zrozumieć tego nie umieli. Nazwa, jaka przetrwała to “Ojciec Zła”. Niezbyt oryginalna, jednak nazwę “Daktrol” zna zbyt mała ilość osób. Wielu już nie pamięta, co tak naprawdę stało się ponad wiek temu. Ci, którzy w tym uczestniczyli w dużej mierze zginęli. Inni umarli już ze starości. W karczmach nikt o tym nie rozmawiał. Zawsze się znalazł ktoś, kto stracił bliskich przez “Ojca Zła”, więc wszyscy się bali o tym wspominać. Daktrol to była wredna bestia. Nie zabijała bezpośrednio ludzi, tylko przejmowała nad nimi kontrole i zabijała bliskie osoby ofiary. Na początku, nikt nie łączył domowych mordów z zewnętrzną siłą, jednak pewnego dnia zebrała się grupa magów, która gorąco debatowała nad problemem plagi domowych mordów. Połączyli kilka faktów i postawili diagnozę. Zajęło im to cały dzieńž. A przynajmniej tak powiedzieli innym. Tak naprawdę, tylko jeden mag wiedział, co tak naprawdę się dzieje. Reszta tylko słuchała. Przez godzinę. Resztę dni spędzili na piciu szlachetnego wina. Nikt z nich nie zdawał sobie sprawy, co ich atakuje. Tylko ten jeden jedyny mag dobrze wiedział, co robić. Cała ta śmiechu warte “konferencja” przeszła do historii świata jako “II debata Gharilda” (pierwszą taka debata została przeprowadzona półtora wieku wcześniej przez bardzo mądrego maga imieniem Gharild). Mag, o którym mówiłem nazywa się Ihrald. To właśnie do niego zmierzamy. Po tej debacie na światło dzienne nie wyszła żadna cenna informacja. Jedyne, o czym się dowiedziały osoby, których nie było na debacie (także inni magowie) to informacje w stylu “zostało to omówione” i “jest plan jak temu zaradzić”. Wtedy na scenę wszedł zakon Białego Orła, który nigdy nic pożytecznego nie robił, poza zabijaniem kilku goblinów, które w rzeczywistości nikogo nie atakowały. Zakon chciał zdobyć sławę. Skońžczyło się na tym, że przestał istnieć. Nikt tak naprawdę nie wie, skąd przybył “Ojciec Zła”. Pewnego dnia po prostu zaczęła się plaga domowych mordów. Po pewnym czasie pewien dziwny stwór w postaci czerwonej kuli z oczami został zaobserwowany. Początkowo próbowano się z nim porozumieć, jednak nikt nie wracał cało z prób spotkania się z nim. Wielu tak zwanych mędrców szukało sensu jego istnienia. Niektórzy mówili o końžcu świata, inni mówili o tym, że to atak jednego z sąsiednich pańžstw. Szkoda tylko, że potem się okazało, iż Daktrol zabijał wszystkie nacje i rasy. Nikt też nie znał zamiarów ówczesnych błędnych rycerzy, bohaterów i innych śmiałków. Tak naprawdę ginęli pod sztandarem Białego Orła. Wszyscy, poza jednym elfem, jednym krasnoludem i jednym magiem. I wszystko grało, jak korbki ogromnej, niezrozumiałej maszyny. Z tym, że ta maszyna się nie stażała.

Syn zła – odcinek 2

-Jak to po nas? – Wtedy elf spojrzał na mój miecz, a raczej na znak na rękojeści. Był tam wykuty z białego złota (najcenniejszy metal, jaki można znaleźć w naszym świecie) orzeł zabijający węża. Herb zakonu Białego Orła. Zakonu, który zrzeszał ludzi, aby walczyć ze złem. W praktyce po prostu zabijali gobliny. Sto lat temu zakon przestał istnieć. -Karitan “Bystre Oko” – zwróciłem wzrok ku drugiemu gospodarzowi – i Natirar “Ostra Sieczka”. -Nienawidzę tego przezwiska. – Burknął krasnolud. -Niegdyś członkowie zakonu Białego Orła. Po naprawdę wielu latach zakon się o was upomina. -Nie kłam! – Krzyknął z gniewem Kritan. – Zakon nie istnieje od stu lat! I Ty dobrze o tym wiesz! -Zakon nie istnieje, to prawda. – Odpowiedziałem spokojnie. – Jednak sprawy, które on rozpoczął nie zostały jeszcze rozwiązane. -Bzdura! Ostatnia sprawa, która zniszczyła zakon zniszczyła również siebie samą. -Jesteś tego pewien? -Widziałem jak umierał. -Umierał? Co ty możesz wiedzieć o umieraniu takiej siły jak tamten stwór zrodzony z czystej energii? Wierz mi, to coś nie umarło, tylko zasnęło na wiele lat. Elf usiadł na przeciwko mnie. Zamyślił się chwile. -Nawet, jeśli to, co mówisz jest prawdą, to jak chcesz go zabić? -Stworów zrodzonych z energii nie da się zabić. Trzeba je unicestwić. -No właśnie! Tylko jak? W tej chwili, zupełnie nie zauważony wcześniej Natirar przyszedł z 2 kuflami piwa, kieliszkiem i butelką wina. Postawił kieliszek i butelkę przed elfem, kufel z piwem dał mnie, a drugi postawił na puste miejsce przy stole. Schowałem miecz do pochwy, a krasnolud zamknął drzwi z karczmy i usiadł. Elf nalał sobie wina. -To już zostawcie mnie. -A, dlaczego mamy ci ufać? Skąd mamy wiedzieć czy mówisz prawdę? – Spytał Nartir -Zabierzcie ze sobą swój dawny rynsztunek. Nie bierzcie prowiantu, jest już przygotowany. Jutro o świcie przyjdę po was. Pójdziemy do waszego starego znajomego. -Kogo? – Spytał ze zdziwieniem Karitan -Maga. -Tego starca siedzącego w książkach?! – Spytał elf – Tego czarodzieja od siedmiu boleści? Tego… -Uspokój się. – Powiedział spokojnie drugi z gospodarzy powoli sącząc piwo. -Tak. O niego mi chodzi. -Po, co on nam? I w ogóle, co chcesz zrobić? -Jest on nam potrzebny, bo wie więcej niż my wszyscy razem wzięci. -Jakoś to nie pomogło w pokonaniu sto lat temu zła, które nawiedziło Hartrer. -Więcej dowiecie się później. Do zobaczenia jutro! Krasnolud chwycił mnie za ramie i nie pozwolił wstać. -Nie wyjdziesz dopóki nie skońžczysz piwa! – Powiedział władczym tonem. Po chwili namysłu usiadłem wygodnie i dalej piłem powoli piwo. Pół godziny później wyszedłem.

Syn zła – odcinek 1

Rozdział 1 – dobre wejście Wszedłem do karczmy. Zobaczyłem dwóch jej gospodarzy: elfa i krasnoluda. Krasnolud jak zwykle czyścił kufle z piwa. Elf krzątał się tu i uwdzie sprzątając po wczorajszym dniu. Godzina była młoda, więc nikogo w karczmie nie było poza nami. Na pierwszy rzut oka trudno było powiedzieć czym jestem. Długie włosy mogły wskazywać na rase elfów, jednak nie miałem szpiczastych uszu. Muskuły i miecz przy moim pasie wskazywały na rase ludzi barbarzyńžców, jednak oni po pierwsze gole głowy, a po drugie chodzą prawie nadzy, aby pokazać jacy to oni umięśnieni. To może jestem zwykłym pospolitym człowiekiem? Tylko skąd się wzięło to białe jak śnieg pasemko na środku głowy. I jakim cudem udało mi się mieć tak zadbane włosy, przy wojowniczym trybie życia? Krasnolud był niski. Bar był specjalnie stworzony dla jego wysokości. Miał krótko ścięte brązowe włosy. Nie miał brody. Na pierwszy rzut oka wygląda jakby był gruby, jednak gdyby się przyjrzeć można było się domyśleć, że to jego mięśnie brzucha. U krasnoludów mięśnie brzucha wyglądają zupełnie inaczej niż u innych podobnych rasach. Na rękach i nogach też nie brak było mu mięśni. Patrzał na mnie, jakby chciał mnie zabić. Widać nie lubił nieznajomych. Elf natomiast był szczupły i wysoki. Nie oznaczała to jednak, że nie miał mięśni. Wręcz przeciwnie, gdyby chciał mógłby przenieść niezbyt lekkiego krasnoluda przez wiele krain. Zapewne nie raz to już robił. Włosy elfa też były krótko ścięte koloru blond, brody także nie miał. Typowy elf z typowymi szpiczastymi uszami. Tak stałem przy drzwiach spoglądając to na krasnoluda, to na elfa. Za każdym razem kiedy spoglądałem na krasnoluda widziałem corazto bardziej nieufne i złowieszcze spojrzenie. Usiadłem przy pierwszym stole. Wyciągnąłem swój miecz i położyłem go na stoliku. Nie puściłem rękojeści. Po chwili konsternacji poszedł do mnie elf i powiedział władczym tonem: -Jeśli przyszedłeś tu, aby się pobić to wyjdź. Nie chcemy tu takich jak ty. Powolnie odwróciłem wzrok od miecza i spojrzałem na niego i z całą powagą i spokojem powiedziałem: -Ja tu przyszedłem po was. Od autora: Wpadłem na pomysł, aby spróbować napisać jakąś historie. Nie wiem czy mi się uda napisać ją tak, żeby się podobała. Nawet nie wiem, czy uda mi się ją skońžczyć, ale się jeszcze zobaczy. Jeśli komuś się chce czytać to byłbym wdzięczny za komentarze. Uwagi dotyczące ortografii mile widziane.