Archive for the 'Różne' Category

Samobójca IV

Dzień przed.
No więc po 25 latach męki, zamiast kupować sobie psa, kupiłem pistolet. Zaczynam pisać dziennik i strzelam sobie w głowę.

Dzień I
No więc popełniłem sobie samobójstwo. Nawet ciekawe przeżycie. Oczywiście, tak jak przewidywali chrześcijanie trafiłem do piekła. Nie jest to takie piekło, jak oni przewidzieli.

Dzień II
Trudno w sumie opisać jak to piekło wygląda. Tak samo jak trudno by było opisać osobie niewidomiej co za kolor się widzi. Mamy tu coś w rodzaju elektryczności, coś w rodzaju telewizora i coś w rodzaju komputera. Tylko siebie nie mamy.

Dzień III
Wiecie co? Znalazłem drzwi! Ale w sumie po co mi one? Ja i tak się wyjść boje. A za oknem mój osobisty demon patrzy i oddycha. Znaczy, że w odróżnieniu ode mnie on żyje?

Dzień IV
Ciężko to nazwać rozmową, ale komunikowałem się dzisiaj. Dowiedziałem się paru ważnych rzeczy. Na przykład jak się używa klamki i kilka naście powodów dla których lepiej tego nie robić.

Dzień V
Poszedłem spać. No i co?

Dzień VI
Wstałem. Jutro podobno czeka mnie odpoczynek. Tylko jak to? Przecież ja nie pracowałem.

Dzień VII
Tracę kontakt ze światem. Tracę siebie. Zatracam się. A drzwi nadal zamknięte. Strasznie się boje.

Dzień VIII
Ponoć do odważnych świat należy. Ale co to za świat jest, z którego chciałem uciec?

Dzień IX
Kontaktowałem się dziś ze swoim demonem. Rozmowna bestia w sumie. Tylko czemu ja nic nie pamiętam?

Dzień X
Odchodzę od zmysłów. A może po prostu one dawno we mnie już umarły?

Dzień (a kogo to obchodzi?)
Dziś postanowiłem otworzyć drzwi, więc zrobię to jutro.

Dzień (w sumie następny)
Ze strachem otwarłem drzwi. Demon mi nie pomógł, ani nie zaszkodził. Po prostu został.

Dzień po
Tak naprawdę przeżyłem niestety. Lekarz mówi, że za pół roku wrócę do zdrowia. A wtedy znowu spróbuje popełnić samobójstwo.

Samobójca I i II

Samobójca I
Rozmawiałem ostatnio z samobójcą. Nie był niezwykły. Normalny facet, taki jak ja.
[Ja] Dlaczego się zabiłeś?
[Samobójca] Bo już nie umiałem tak żyć.
[Ja] Ale przecież miałeś pracę. Dobrze płatną.
[Samobójca] Tak! Pracę miałem bardzo dobrą. Dobrze płatną. Ludzie fajnie byli.
[Ja] To dlaczego to zrobiłeś?
[Samobójca] Bo czułem się samotny!
[Ja] Ale jak to? Miałeś przyjaciół, rodzinę.
[Samobójca] Miałem. Miałem wspaniałą rodzinę. Miałem dobrych przyjaciół. Zawsze miałem z kim porozmawiać, z kim wyjść.
[Ja] Miałeś wszystko, a mimo to zabiłeś się. Wytłumacz mi, dlaczego?
[Samobójca] Bo byłem samotny! Nie, nie byłem sam. Ale samotność to coś innego. Samotność to kolejne stadium tęsknoty. Samotność to choroba, którą może wyleczyć tylko ta osoba, która jest jej powodem.
[Ja] Kto był powodem twojej samotności? Za kim tak bardzo tęskniłeś?
[Samobójca] Ja nie tęskniłem. Ja nadal tęsknie. Ale ona nie tęskni za mną.
[Ja] Zrobiłeś to z powodu zawodu miłosnego?
[Samobójca] Zawodu miłosnego? To nie był jakiś tam zawód miłosny. Zawód miłosny, jest wtedy kiedy ktoś ci mówi nie, a ty w ciągu miesiąca o tym zapominasz. Ale nie wtedy, kiedy przez ostatnie 2 lata nieustannie myślisz o niej. Gdy się zastanawiasz, co by było gdyby powiedziała tak. Co byś ty musiał zrobić, aby te tak powiedziała. 2 lata! Wiesz co to jest, gdy się mimo wszystkich swoich sił nie umie zapomnieć? Wiesz co to jest, codziennie rano budzić się i umierać na nowo?
[Ja] Wiem doskonale, tak jak ty. Ale to nie jest powód, aby się zabijać.
[Samobójca] Nie jest powodem? Ja ci pokażę!
Samobójca wyciągnął pistolet.
[Ja] Nie! Nie! Nie!
Nie zdążyłem. Znowu się zabił. Nie udało mi się go uratować. Przestałem patrzeć w lustro. Wyszedłem z łazienki i poszedłem do pracy.

Samobójca II
(scenariusz)
Dwie postacie: samobójca i zabójca. Samobójca klęczy (siedzi) na środku sali. Zabójca stoi. W czasie rozmowy okrąża samobójce, jak na przesłuchaniu. Zabójca jest ubrany na czarno, w płaszcz. Samobójca jest ubrany w łachmany.

[Zabójca]
A więc chcesz się zabić tak?
[Samobójca]
Tak.

[Zabójca]
Myślałeś o tym, jak to zrobić?

[Samobójca]
Wejdę na jakiś wysoki budynek i po prostu skoczę. Zawsze chciałem latać.

[Zabójca]
Latać? Latać ci się zachciało? I dlatego chcesz się zabić?

[Samobójca]
Nie! Oczywiście, że nie. Lot to tylko taki dodatek. Ja po prostu nie chcę żyć.

[Zabójca]
Nie chcesz żyć? A dlaczego to? Przecież masz pracę, przyjaciół, rodzinę która cię kocha. Masz perspektywy na przyszłość. Masz po co żyć!

[Samobójca]
Nie mam dla kogo żyć!

[Zabójca]
A więc wyszło szydło z worka. Baby ci brak. I dlatego chcesz się zabić? Jesteś żałosny.

[Samobójca]
Baby! Śmiesznie to brzmi, a ból po odrzuceniu jest naprawdę realny. I zgadnij co. On nie zabija twojego ciała. Ten ból zabija w tobie ducha walki. Zabija w tobie nadzieję. A człowieka bez nadziei nie ma.

[Zabójca]
Nie pierdol mi tu o nadziei! Ona cię nie nakarmi. Ona nie zapłaci rachunków. Ona za ciebie nie pójdzie do pracy.

[Samobójca]
Nie pójdzie. Ale dzięki niej, będzie ci się chciało do niej iść.

[Zabójca]
Ludzie bez nadziei żyją!

[Samobójca]
Egzystują. Życie polega na czymś innym. Życie to dzielenie go z innymi.

[Zabójca]
Z innymi powiadasz? A co z resztą twoich znajomych? Co z twoją rodziną.

[Samobójca]
Pewnie płakać będą. Ale ja już tego nie dożyje. Więc co mnie to obchodzi?

[Zabójca]
Nie obchodzi cię to? Nie wiesz, że życie nie należy do ciebie? Tylko do ludzi, którzy cię kochają, bo to oni będą płakać, kiedy ciebie zabraknie. Nie obchodzi cię to, że twoja matka będzie przez ciebie cierpieć?

[Samobójca]
A co mnie to obchodzi?

[Zabójca]
Co cię to obchodzi? Jesteś żałosny i samolubny! Nie masz prawa żyć!

Zabójca wyciąga pistolet i strzela w głowę samobójcy. Obydwaj upadają na ziemię.

W tle napisów końcowych piosenka Lady Pank - “zabić strach”.

Demon

On tam był. Przy ognisku. Razem z resztą. Siedział i słuchał. Tak, jego byt tam się znajdował.
- A pamiętasz tą historię, jak Zygmunt obrzygał drzwi?
- Tak
- Ha – ha – ha
- Weź ich zabij – powiedział Demon Żółciowy, który już tam był od dłuższego czasu. - Po prostu zabij!
Pomyślał. A to prowadzi do pomysłu. Tam się rodzą czyjeś światy, bo tam już są jego sny. A teraz narodziła się blokada.
- Proszę, zabij ich.
- Proszę, weź się odpierdol!
Bunt? Blokada? Strach? Ale nic się nie stało. Bawił się swoimi metalowymi kulkami i pozdrawiał pewną małą, sympatyczną dziewczynę.
- Strach! - Demon Żółciowy się zdenerwował. - Strach cię zjada!
- Ty mnie zjadasz.
- Ja cię wypełniam.
- Ja jestem pusty.
Demon Żółciowy wziął i uciekł.
- A pamiętasz jak Edward połknął zapałkę?
- Tak.
- Ha -ha -ha
Demon Zielony dopiero nadszedł.
- Zabij ich! Niech będą nieżywi. Niech będą wieczni.
- Wiecznie nieżywi?
- Na zawsze zbawieni jak ty.
- Nie pierdol…
- Nie kuś.
I było ich tam kilku. A jego byt górował nad nimi. Jego tam po prostu nie było. A jego byt…
- Zabij!
- Strach!
- Strach nas wszystkich zabije.
W każdym z nas żyje demon. W niektórych z nas, żyje nawet kilku. Zwyciężamy my, zwyciężają oni lub się łączymy. Brawa dla prawdziwych wojowników. Chwała im i miecze przy ich sercach. Te żywe organizmy z których mają miecze.
- A więc to tak!
- Nie złapiesz mnie. Nie zabijesz mnie.
- Nie zapomnisz o mnie.
I chwilowo zniknął. Ale na pewno zniknął. Ale jego byt tam był nadal.
I nagle przyszedł Demon Niebawem.
- Aaaaaa!
I wsadził on rękę do ogniska. I nikt tego nie zauważył. Nikt się nie przejął. Bo jego tam nie było. Jego byt tam był.
- A pamiętasz, jak On zmarł na raka?
- Tak
- …
A Demon Niebawem przyjdzie…

Dlaczego

Siedział przy biurku. I pisał. Po prostu tworzył poprzez pióro parę wyrazów. Tak od paru chyba godzin. Tak od niechcenia. Wstała jego matka, albo żona, albo nawet siostra. Wstała, bo było wcześnie. Zobaczyła, że siedzi przy biurku. I pisze. A kartki spod jego rąk startowały i wylatywały w powietrze. Latały po pokoju. Nigdy i nigdzie nie lądowały. Nie kończyły się. Po prostu latały. A on pisał. Jak wieczne pióro było rzeczywiście wieczne. Jego ręką nie czuła zmęczenia. Jego umysł nie czuł niczego. Ona podeszła, żeby pooglądać to, czego nie umiała pojąc. On zresztą też nie umiał. Bo i po co? Robił to co chciał i nie przestawał. Nie pamiętał, po prostu tworzył słowa.
[Ona] Co to?
On przerwał na chwilę. Nie zrobił tego nigdy więcej.
[On] A czy to musi coś być?
I rozpoczął pisać od nowa.
[Ona] Która jest godzina?
[On] Nie wiem. Nie kładłem się spać.
Wtedy powstał strach. Nikt niestety nie wie, czy był to strach spowodowany troską o niego, czy strach przed tym, aby ona nie była zła. Ale to i tak nie ważne. Strach powstał. Narodził się z niczego. I rósł w siłę. Mógł niszczyć, mógł zabijać, mógł przejąc kontrolę. Ale nie zrobił tego, po prostu się ulotnił. I poczuł się dumny.
[Ona] Ale ty tak nie możesz zarywać nocy!
Gniew się narodził. Gniew silniejszy od strachu. Strach ucieka, a gniew nie celuje. On po prostu jest. I w odróżnieniu od strachu, gniew chce niszczyć. Gniew chce być tutaj razem z nimi. Ale nie wie, że to oni go trzymają, tak samo jak on ich. I nie puszczają. Są zbyt silni. Ale o kim tak naprawdę mówię? Przecież nie o sobie. Gniew uleciał. Nie ze strachu. Nie dlatego, że chciał. Po prostu nie miał już sił. Nie miał już niczego.
[On] Nie potrzebuję dnia, aby pisać. Nie potrzebuję czasu, aby tworzyć. Nie potrzebuję papieru, aby się unieść ponad tych wszystkich ludzi.
Smutek nadszedł. A z nim przyszedł płacz. Przyszła też bezsilność. Oj nie, smutek nigdy nie jest sam. Może powstać z samotności, ale nigdy nie jest sam. Towarzysze jego tak samo silni jak on sam. Ale nigdy nie żyją bez smutku. A kiedy trzy silne ręce ściskają jedno gardło, to pętla na szyi jest już nie potrzebna. Strach już tu był, a gniew niczego nie zdziałał. I on już nigdy nie stworzy niczego prostego. Nie chce on.
[On] Nie spełnione oczekiwania.
[Ona] Nie chciana ozdoba.
[Strach] Nie zostawiajcie mnie.
[Gniew] Nie ratujcie mnie.
[Smutek] Nie chcę wracać.
[Płacz] Nie ma mnie tutaj.
[Bezsilność] Nie obchodzi mnie to.
[Kartka] Nie wiem co mam powiedzieć.
[Słowo] Nie wiem co znaczę.
[Pustka] Nie! I nie na tym będzie koniec.

Wyciągnęła rękę i złapała jedną kartkę. Ścisnęła i przeczytała. „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” Tak samo wzięła następną kartkę i przeczytała: „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” I czytała tak długo, bo kartek było wiele. Latały jak ptaki. I nigdy nie lądowały. Przemyślała w końcu i powiedziała.
[Ona] Czemu ty tak właściwe to piszesz.?
[On] Żeby zapomnieć.
[Ona] O czym?
[On] O tym, że słyszę głosy.
Strach się przestraszył i uciekł. Gniew się rozlał po całym pomieszczeniu i wyparował. Smutek poszedł na wesele i nikt go już więcej nie widział. Płaczu nigdy nie było, przecież mówiłem. Bezsilność się zmieniła. Ewoluowała. A teraz nikt nie wie jak wygląda. Kartki w końcu się skończyły i odleciały. A tak bardzo chciał je mieć tylko dla siebie. Słowa są w każdym z nas, więc to tak jakby ich nigdy nie było, prawda? Pustka pozostała. No bo gdzie miała by iść, skoro wszędzie jej pełno?
A co z nim i nią? On chciał być pisarzem, jej nie musiało w ogóle być. On miał marzenia, ona była jednym z nich. Maszyna do pisania? Nie! Człowiek za którego słowa, spisane na kartce, pisane z bezsilności, w płaczu i smutku. Słowa pisane w gniewie i strachu. I tylko trochę nadziei. Która starczała na tak długo i tak bardzo walcząca ze strachem, gniewem i bezsilnością. A co z pustką, która też nadzieją była? Czemu nie płacze biedna?

I wtedy sen się skończył. Pytanie tylko czyj to był sen. I skoro się skończył, to czemu nikt się nie obudził?

Był sobie ziom

Był sobie facet. Taki, jakich wielu. Po prostu sobie był i tyle. I niech mi nikt tutaj nie marudzi. Po prostu facet, dobrze? Zrozumiano?! No! Koniec i kropka. A zatem (bo słyszałem, że „a więc” jest złe, nie dobre i w ogóle fuj), ziomuś chciał sobie zrobić jeść. I nie zgadniecie, co zrobił. Nie zgadujcie! No już! A zresztą… Poszedł do kuchni. Tadam! Koniec wielkiej tajemnicy. Zagadka się nie udała, wiem, ale co z tego?
A właściwie o czym ja to… A! Już wiem, ziomica chciała sobie zrobić test ciążowy… A nie, chwila. To był ziomek. Ale czemu on chciał zrobić sobie test ciążowy? A może on nie chciał zrobić sobie testu ciążowego? Przyjmijmy, że poszedł do kuchni zrobić sobie jeść. Wszedł zatem do kuchni. Otworzył lodówkę. Zobaczył przestrzeń. Zrobiło mu się trochę chłodno. Ale to chyba normalne. W końcu jak się myli lodówkę z oknem w środku srogiej zimy, to może się zrobić trochę zimno. Do tego tłumaczy to tak dużą przestrzeń w lodówce. Cóż, nadszedł czas, odkręcić gaz… Znaczy tfu! Zamknąć okno! Bo trochę wieje.
Ale o czym ja to? E… Mmm… Hmmm… Wiem! Lodówka. Ziomuś w końcu zamkną lodówkę, które było oknem i takie tam. Znalazł w końcu lodówkę. Udało się. W końcu w tej kuchni, jest tylko jedna lodówka. I co go zaatakowało z tej lodówki? Nie uwierzycie! Jak tylko tą lodówkę otworzył, to zaatakowało go ogromne… (fanfary proszę) … NIC! Pusta lodówka nie napawała optymizmem. Co gorsza, pusta lodówka nie nakarmi. A szkoda. Trzeba poszukać dalej. Pierwsza szafka, nic. Druga szafka, nic. Trzecia… O! Tu coś jest. Ziomuś cały szczęśliwy i w skowronkach. W końcu tydzień zajęło mu szukanie swojego portfela. A on po prostu bezczelnie sobie tutaj tak leży. Cóż, niech sobie leży dalej. Nie jest teraz potrzebny.
Coś się chłodno zrobiło. Albo to deja vu, albo coś często się tu zimno robi. Co to może być? Okna nikt nie otwierał, ani nic. Hmmm… Mmm… E… I w ogóle… No przecież! Nikt nie zamknął lodówki! Jak ktoś mógł zamknąć lodówkę, jak o tym nie napisałem? No kto? Ziomuś naprawił swój błąd. I dobrze, bo nie chce mi się po polar iść.
Ale coś tu pusto ziomuś ma w tym swoim domu. Nie uważacie? Pewnie myślicie, że biedny. Pewnie uważacie, że nie dba się. Ale nie, to nie jest żaden student. Po prostu żona wyjechała. No ale przecież, zostawiła jedzenie. Powinno gdzieś tutaj być. Jest! Ale kto by pomyślał o tym, żeby kanapki trzymać w tym drewnianym pudle. Jak ono się nazywał… Hmmm… (resztę już znacie) Wiem! Chlebak! Ziomuś tak patrzy, myśli… Kiedy miesiąc temu, żona gotowała, to wszyscy dostali sraczki (biegunki). Kiedy 3 tygodnie temu żona gotowała, to wszyscy się porzygali (zwymiotowali). Kiedy tydzień temu żona gotowa, to w sumie nic się nie stało. Nie licząc psa, który miał sraczkę (biegunkę), wymioty (rzygał jak kot?) i jakoś dziwnie wyglądał. Jakoś takoś… Zielono… Ale to chyba tylko dlatego, że jako jedyny, nie udawał, że nie jest głodny.. Tak to jest, że psy, którym się daje jeść raz w tygodniu, mają słabą psychikę. A może on po prostu próbował się zmierzyć z tą groźbą śmierci? Taki psi sposób na dreszczyk emocji.
Ale wracając do zioma, a zostawiając w spokoju jego psa (niech spoczywa w spokoju). Ziomuś się zreflektował i wyciągnął szybką zupkę. Taką w stylu zalej i sobie zjedz z dopiskiem „Tylko się nie udław, Mamy jeszcze milion takich zupek do sprzedania, Ktoś to musi zjeść” małym druczkiem.
Teraz pewnie myślcie, że ziomek kopnie w kalendarz na zawał serca. Albo, że udławi się tą zupką. Ale nie, jestem od was lepszy i nie dam wam tej satysfakcji. Nie będzie nawet sceny, w której ziomek się wiesza, a w liście pożegnalnym pisze: „Nie umiałem przeczytać instrukcji na opakowaniu, więc nie umiałem sobie zrobić szybkiej zupki. Nie chciało mi się czekać na śmierć głodową, więc się powiesiłem. Nie zapomnijcie karmić mi rybek!”
To było tak: ziomek się poślizgnął, rozwalił głowę o kant stołu. Potem rozwalił głowę o rączkę z szuflady. Potem o rączkę z drugiej szuflady. Potem o rączkę z trzeciej szuflady. A potem dopiero o kafelki. Zakrwawił całą kuchnię. Krew lała się strumieniami. A ziomuś zmarł, bo zadławił by się własną krwią. A szkoda, teraz ktoś inny będzie musiał umyć kuchnię.
Ale spoko, poszedł do nieba. I nie martwcie się, nie był tam sam. Zupka poszła razem z nim. A ja tam byłem. Pod stołem leżałem. I udawałem, że moja głowa nie istnieje. Taka impreza była. Szkoda tylko, że musiałem wytrzeźwieć, aby wujka pochować.

Opowiadanie z przekleństwem

Pojebało cię? Stoję tutaj! Jestem gotowy cię zabić. Mam pistolet, mam nóż i mam dużo chęci. A ty sobie tak po prostu stoisz? Co to ma być? Nie boisz się? A może nie dociera do ciebie to, co się z tobą może zaraz stać. Konieć świata dla ciebie się szykuje. Nie obchodzi cię to wcale? Nie jesteś tym ani trochę zainteresowany? Jak możesz niczego teraz nie czuć? Stoisz tak. I stoisz dalej. To ja też będę stał dalej. Będę dalej w ciebie celował. Będziesz mnie słuchał i będziesz wykonywał moje rozkazy. Będziesz, prawda? Zawsze przy mnie, zawsze ze mną. Zawsze ze strachem, nigdy sam. Nigdy cię nie zrozumiem. Nie chcesz, abym pociągnął za spust? To powiedz to! Chcesz, abym wsadził ci nóż w plecy. To powiedz to! Odezwij się do mnie. Zrób coś! Nie zostawiaj mnie. Nie wolno ci! Zabraniam ci! Nie krzycz na mnie…
Nie krzyczysz. Jesteś cicho. Stoisz nieruchomo. Co się z nami dzieje? Niech ktoś mi opowie historię mojego życia. Niech ktoś znowu włączy czas. Wszystko jest zatrzymane. Jedna chwila jest wieczna. Jedna chwila by zmienić swoje życie. I nie swoje też. Tak od razu chce się wyjść. Tak od niechcenia chce się zostać. Tak mnie stworzono. Tak bardzo chcę stąd uciec. Tak mało wiem o tobie, bo się do mnie nie odzywasz. Tak mi ciebie brak, bo się do mnie nie odzywasz. Tak daleki jestem. Wiesz kim jestem? Wiesz czym jestem? Wiesz co teraz myślę? Myślę o tobie! Nie pozwolę sobie zapomnieć. Nie wytrzymam kolejnego dnia takiego, bez takiego jak ty. Ale dlaczego?
Nie chcę się bać. Dlaczego ze mną nie rozmawiasz? (płacz… stary, płacz!)
Bo jestem tobą/sobą/zawsze sam.

Trochę zmysłu

Siedzieli w restauracji całą paczką. Trzech mężczyn i dwie kobiety. Wszyscy ubrani schludnie jak na XX wiek. Jedli przy jednym stole w milczeniu. Aż w końcu jeden z wojowników zaatakował drugiego widelcem. Rzucił nim po prostu. Drugi się nie uchylił. Widelec po prostu sam ominął swój cel. Drugi nie chciał być dłużny. Skoczył jednym susem na stół i kopnął pierwszego. Ten odsunął krzesło i uniknął ciosu. Czas najwyższy był, aby wstać. Więc pierwszy zamiast to zrobić, wskoczył pod stół i wywrócił stół. Drugi jednak miał na tyle dobry refleks, aby skoczyć na równe nogi. Zaczęła się walka na pięści i bloki. Nigdy nie byłem dobry z opisywaniem walk, więc oleję ten moment. 5 minut później żaden z zawodników nie dawał po sobie znaku zmęczenia. Bili się dalej, choć obydwaj byli już spoceni jak świnie. Nie chciało im się już ruszać z miejsca, więc atakowali telekinezą. Po chwili drugi rzucił pierwszym. Przeleciał przez całą restaurację i walnął nią o ścianę. (Wybaczcie mi ten żart, nie umiałem się powstrzymać. Pozdro dla Yody i Elo ziomków.) Zatem wracając do sedna sprawy, to drugi leżał oparty o ścianę. Był już we krwi, zanim pierwszy do niego podszedł. Chciał zacząć kopać, ale pierwszy kopniak został zablokowany ręką drugiego. Uścisk był tak mocny, że pierwszemu szybko udało się uwolnić nogę. Drugi w końcu wstał, spocony, pokrwawiony i głodny. Zaczął atakować nie werbalnie, czyli mętalnie. Patrzał pierwszemu w oczy. Wszedł w jego umysł. W jego marzenia, pragnienia i wspomnienia. Poczuł jak pierwszemu się pierwszy ząbek wyżyna, a potem mu wypada. Poczuł… Dobra, szczegóły z życia pierwszego ominiemy. Drugi był już w środku. Czuł to co pierwszy, wiedział to co pierwszy. Byłą to technika ataku równie niebezpieczna dla atakowanego jak i atakującego. Brakowało tylko 15 sekund, aby drugi zabił pierwszego. Wystarczyło znaleźć ten najsłabszy punkt w ludzkiej głowie. To co każdy z nas ma i czego się boi. Wystarczyło jeszcze 14 sekund. Wtedy przerwał i wyszedł.

A gdzie wtedy byli ludzie?

Po prostu adam

[Adam] Ja po prostu chcę pisać! Potrzebuję natchnienia. Czy Ty tego zrozumieć nie umiesz?
Adam pokiwał głową na znak zgody.
[Adam] No więc pomóż mi. Zabij tamtą kobietę.
Adam wyciągnął pistolet i strzelił kobiecie w łeb. Dziwne, ale upadła nieżywa.
[Adam] E tam! Za mało krwi. Po prostu się przewróciła. Co to ma być za natchnienie? Trzeba coś lepszego wymyśleć.
Adam wyciągnął Uzi i zaczął strzelać do wszystkich.
[Adam] O! Masowy mord! Fajnie. Strzelaj dalej, im więcej trupów, tym łatwiej będzie o tym napisać.
Po chwili…
[Adam] Nie no, to nie jest to! Ja potrzebuję natchnienia! A jedyne co Ty robisz, to tworzysz statystykę. Może coś podpalisz? Albo nie, to już było.
Adam wyciągnął z kórtki wszystkie choroby świata w proszku.
[Adam] O! Masowa zagłada bronią biologiczną. Fajna rzecz, ale nie o to mi chodzi. Za długo by to trwało.
Adam zjadł proszek.
[Adam] No i co najlepszego zrobiłeś? Jeszcze się przeziębisz! A jesteś mi taki potrzebny!
Adam popił olejkiem do opalania.
[Adam] Właśnie! Wiem! Napisze o ochronie środowiska. To będzie piękny kawałek poezji. Napiszę o tym, jak pięknie spierdoliliśmy nasz świat. O tym jak on nas teraz zabija.
Adam beknął.
[Adam] Zawsze byłeś nieokrzesanym gburem tatusiu. Przecież nie napiszę o twoim bekaniu! To by było chore! To by było… niezwykle oryginalne swoją drogą.
Adam nie wiedząc co robić, wszedł do obrazu.
[Adam] Nie! Nie chcę opisywać obrazu. Po co to komu? Ludzie nie mają oczu, żeby opisywać im obraz?
Adam tak naprawdę oczu nigdy nie miał.
[Adam] Ale tutaj nigdy o nic tak napawdę nie chodziło. Zobacz tam. Dziecko biegnące do swojego rodzica. Czyż to nie piękne? Już wiem o czym napisze.
Kiedy Adam zasiadł do pisania pięknego wiersza. Takiego, jakiego świat nie widział. Byłby to najpiękniejszy wiersz na świecie, gdyby ktoś go w tej chwili nie zabił.
Adam więc poszedł do sklepu. I żałował, że zabił sprzedawce, gdyż nie umiał mleka znaleźć.

Trochę snu

Nieznany sen przyszedł do mnie i mówił o nieśmiertelności. Mówił jak domokrążca, który chce sprzedać swój towar za zbyt dużą cenę. Ale ja już przecież nie żyłem. Przerwałem mu więc i zapytałem się jak się nazywa. Nie odpowiedział. Po prostu wstał i wyszedł. Pozostawił mnie z moimi myślami i krzesłem, na którym siedziałem. A ja tak bardzo chciałem się położyć.

[Adam] Edward! Nie śpij w pracy!
Obudziłem się i spojrzałem na zegarek.
[Edward] Od 10 minut jestem po pracy.
[Adam] Ale od dwóch godzin śpisz. Nie śpij tyle, bo prześpisz koniec pracy. Narazie
[Edward] Narazie
Jestem stróżem w prywatnym budynku. Idę do pracy na 18:00, wychodzę z pracy o 8:00. Po pracy przychodzę do domu, wyciągam pistolet i strzelam sobie w łeb. A następnego dnia znowu do pracy…

I zjadło mu głowę

Pierwszy już siedział w pokoju. Wszedł czwarty z gazętą w ręku i położył ją na stole.
[Pierwszy] Co to?
[Czwarty] Sam zobacz.
Pierwszy otworzył gazetę. Wyskoczyła z niej jama gębowa. Pierwszy zamknął szybko gazetę i zniknęła.
[Pierwszy] Fajne!
Pierwszy otworzył gazetę i zjadło mu głowę. Czwarty popatrzył z politowaniem. Wszedł drugi.
[Drugi] Co tu się stało?
[Czwarty] Sam zobacz.
Czwarty wskazał na gazetę. Drugi wziął do ręki gazetę, otworzył i zjadło mu głowę. Czwarty znów popatrzył z politowaniem. Wszedł trzeci.
[Trzeci] A co tu się stało?
[Czwarty] Tylko nie ruszaj mojej gazety?!
[Trzeci] A dlaczego?
Trzeci otworzył gazetę i zjadło mu głowę. Wszedł ostatni.
[Ostatni] Ale jadka. Ale jak do tego doszło?
[Czwarty] Pokażę ci.
Czwarty otworzył gazetę i zjadło mu głowę. A ostatni zmarł na zawał serca.