Stoję sobie. Sprawdzam godzinę. Godzina jest dobra. Ognisko. Ilu nas tu jest? Pięcoro? Sześcioro. Początki. Jedna dziewczyna. Fajna, ale szczylem jestem. Ale i tak jest fajnie. Jest co wspominać. Mało nas. Ale taki już jestem. I kot co chodzi własnymi ścieżkami.
Znowu sprawdzam godzinę. Godzina jest zła. Jestem sam. Prawie. Kot, się krząta. Ale krząta. To znów krzyczy. I znów krząta. I znów jest. Czuje się bezpiecznie. Coraz bezpieczniej. Aż nagle zabolało. Ale im dalej rzucam, tym mocniej wraca. Niezależnie od niczego i od wszystkiego. Zawsze wraca i mimo, że kiedy go nie ma, to zawsze jest ze mną.
Która to godzina? I znów jest fajnie. Jest nas tu wielu. Ognisko, gitara. Jeden śpiewa, drugi śpiewa. Wiele dziewczyn tu jest. Jednych nazywam przyjaciółmi, innych nie. Ale jestem w tłumie. Pierwszy raz, jestem w tłumie. Kot tu i tam skacze. Nadal potrafi zadrapać. Ale ja też potrafię zadrapać jego. O! I moja niana przyszła. Ale jeszcze nie jest moją nianią. I jest także mój najlepszy przyjaciel. Piękna nazwa, tylko trochę nie szczera. Już raz, może dwa, nie szczera.
Ile mi czasu zostało? Źle mi czas leci. Zostałem okłamany. Przyjaciel? Coś prosty ten przyjaciel. Coś mnie nie słucha, ale nie przejmuje się moimi słowami. Niektórych rzeczy po prostu się przyjaciołom nie robi. Ale podobno się im przebacza. Przebacza. Przebacza. Znowu przebacza? Co jest dla ciebie ważniejsze? Przyjaciel czy twoja niepochamowana rządza? Przyjaźń, czy nie przyjaźń? Ja czy ty? Pierwszy, kurwa, raz?
Patrzę na zegarek. Czasy są ciężkie. Leżę i krwawię. A w około pełno znajomych i nieznajomych. Ale leżę sam. Zupełnie sam. Nie płaczę, wybaczam, ale nie zapominam. Przyjaciel stoi koło mnie, klepie po ramieniu, przeprasza. Ale nie leży koło mnie.
Kiedy to było? Było wtedy fajnie. Była i niania. I kot był. I przyjaciel mój był. Niania już wtedy niania. Mało napisałem o niani. Niech wybaczy, ale to nie o niani dziś chciałem poopowiadać. Nie było śpiewaków, grajków. Nie potrzebowałem ich. Czasami ktoś traci moje zaufanie. Ale cieszę się. Nóż w moim sercu też tam gdzie sobie leży. I niszczy mnie powoli, ale systematycznie. Czasami serce moje wraca. Ale wtedy nóż też wraca. I znowu przestaje się lubić z własnym sercem.
Czy to ja jestem zły? Że nóz celuje w serce? Gdybym wiedział, że to nóż jest zły, może nie trafiałby? Ale co tam, już za późno na gdybanie.
Ile to czasu minęło? Tak szybko z góry czasów w dół? Co ja tu właściwie kurwa robię? Płaczę sobię. Sam? Jest tu kot, jest moja niania jest i mój przyjaciel. Poklepią, ale mimo iż próbują, nie umieją mi pomóc. A może ktoś tu nie próbuje? Ale o co ja w ogóle płaczę? O to, co wiem, że nie dla mnie. Nie przypasowanie. Wiem, że jest złe. Ale nad czymś tu nie panuję.
Jak długo tu siedzę? Nadal jest źle. Nadal są ze mną. Tylko nagle, to ja tu kogoś poklepuję po ramieniu. Ktoś płacze na moim ramieniu. Czasami chciałbym coś w zamian. Nic nie dostaję? Nie wymagam, czekam. Może kiedyś. Może coś. Ale boli nadal.
Nie wiem ile to trwa. Ale czasami złymi i dobrymi było. Aż w końcu, ktoś tu chyba nie pomyślał. Przyjaciel wziął nóż i wbił mi w serce. Przyjaciel? Ale on przecież nic nie zrobił. Fakt, nic nie zrobił, aby być moim przyjacielem. Ale ja przecież tragizuję! Szaleję! Nie przeczę. Ale kiedy z przebitym sercem, nagle dostaje się nóż w plecy, to już nie można zachowywać się normalnie. A miało być tak pięknie.
Ale ja nigdy nie byłem normalny. Ale zawsze miałem zasady. Ale dziś i tutaj, to grzech mieć zasady. A co gorsza, starać się mieć przyjaciół z takimi samymi zasadami. I czasami reaguję alergicznie. I moi przyjaciele o tym wiedzą. Bo inaczej nie są moimi przyjaciółmi, co nie?
Wyłączam maszynę do podrózy w czasie. Wyłączam zdjęcia. Chciałem tylko sobie powspominać.
Archive
Dnia 19 czerwca 2009 odbędzie się Dzień Kultury Ulicznej. Ja będę tam z ramienia TGFu. Będę miał zadanie trochę inne od klimatu TGFu. Otóż w ten dzień, chciałbym zorganizować akcję Free Hugs. Czyli po postu będę popierdzielał z napisem “Darmowe Przytulanie” po ul. Krakowskiej. Zapraszam wszystkich na tą imprezę, a szczególnie zapraszam wszystkich którzy będą się chcieli tego dnia po prostu przytulić. Jeśli ktoś chce, to też może wziąć kartkę papieru, napisać “darmowe przytulanie” i chodzić ze mną.
Uprzedzam, nie będę mówił dzisiaj o polityce.
Do napisania tego postu przyczynił się ten post.
W skrócie, mówi on o tym, że aby dostać się na wikipedię, trzeba być “kimś”, gwałcąc przy tym ideę encyklopedii.
Czytając tego posta, przypomniał mi się inny polski serwis: Digart. Jest to klon Deviantart’a, gdzie ludzie wrzucają swoje twory (poezję, obrazki, zdjęcia, etc.). Nie mówię, że klon jest zły, bo jest klonem. Ale na digarcie widać typowo polską (chyba tylko polską) chorobę: elitarność.
Otóż, po wrzuceniu jakiegoś digarta, ludzie go oglądają, oceniają. Natomiast, jak jakiemuś moderatorowi się dana praca nie spodoba, to ukrywa ją. Przez co ludzie już nie mogą tej pseudo-słabej pracy oglądać.
Dlaczego mówię pseudo-słabej? Bo sztuka to kwestia gustu. Jednemu się podoba to, innemu to. Nie ma jednego, konkretnego kryterium. Przykładem może być Van Gogh, gdzie za życia malarza jego prace były uznawane za słabe, a potem nagle za genialne dzieła sztuki.
Innym ciekawym przykładem hipokryzji digarta może być mój kolega fotograf. Swego czasu wrzucał tam swoje najfajniejsze zdjęcia. Z 15 przed schowaniem ostały się 3. Po czym mój kolega usunął wszystkie swoje digarty. A po jakimś czasie postanowił wrócił. Zaczął od swoich 3 fotografii. Wszystkie 3 zostały z miejsca schowane.
Ale opluwanie digarta nie jest moim głównym celem tego posta. Digart to tylko przykład elitaryczności. Wszystko co “wychodzi” musi być “idealne”, “dobre”, “wspaniałe”, przez co wypacza się cel. Wikipedia przestaje być wikipedią, a staje się miejscem gdzie się nagradza poprzez artykuł. Digart nie jest miejscem dla młodych artystów, tylko miejscem dla towarzystwa wzajemnej adoracji.
O ile w Digarcie, ta choroba nie jest niebezpieczna, bo digart jest serwisem dla konkretnej grupy ludzi, o tyle przy wikipedii jest to już rzecz lekko niebezpieczna, gdyż ludzie wierzą wikipedię i szukają tam wszystkich informacji. A znajdują tylko wyselekcjonowane informacje.
Elitaryczność jest chorobą, która objawia się nie tylko w internecie. Wiele jest grup, stowarzyszeń i innych zbiegowisk ludzi, które opierają się na swojej elitaryczności. I niech sobie są, nikt nie zabrania im istnienia. Róbcie ludzie co chcecie. Ale błagam was o jedno, nie zmieniajcie znaczenia słowa encyklopedia ani innych, tylko tak, żeby wam pasowało. Zostawcie moją wikipedię. A zamiast digarta, wybieram deviantarta.
Adam i Ewa byli przyjaciółmi od zawsze. Nigdy parą nie byli. Pewnego razu Ewa spała u Adama. On na ziemi, ona na jego łóżku. Gdy się obudziła, zuważyła, że jest przywiązana do łóżka. Ręcę miała związane prosto nad głową, a wyprostowane nogi były przywiązane do dołu łóżka. Miała na sobie zieloną koszulę i dzinsy. Wtedy zobaczyła Adama. Był ubrany w swoją ulubioną koszulkę i dzinsy.
- Co robisz? – spytała
- Zaraz zrozumiesz. – i zawiązał jej oczy.
Potem rozpiął jej spodnie i powoli ściąnął w dół, odsłaniając jej białą, koronkową bieliznę oraz jest długie piękne nogi.
- Adam, ja nie chcę. – powiedziała spokojnie, ale z lekkim strachem
Adam pocałował jej prawą stopę. Mimo, iż Ewa nie miała na to ochoty, spodobało się jej to. Drugi pocałunek wylądował ponad kostką. Był to wolny, ciepły całus. Następny pocałunek wylądował pod kolanem. Ewa zaczęła się czuć podniecona. I znowu całus coraz wyżej, nad kolanem. Ciepłe wargi Adama deliketnie pieściły fragmenty skóry Ewy. Dwa całusy uda. Coraz bliżej bielizny. Ewę coraz bardziej rozgrzewała ta zabawa. Ale to nie czas na ściągnięcie majtek.
“Proszę, jeszcze nie kończ tego!” – krzyczała w duchu.
Adam podwinął jej bluzkę i jego oczom ukazał się piękny, biały stanik. Następny ciepły i ponętny całus wylądował na brzuchu. Adam powoli zbierał się do następnego. Całus pod piersiami. Ewa już zupełnie podniecona chciała jeszcze. I dostawała coraz więcej. Gorący całus nad piersiami. Ewa leżała cicho i w skupieniu, zastanawiąjąc co się dalej będzie działo. Długi całus jej długiej, miłej w dotyku szyi.
“Zaraz zaczniemy się całować.” – pomyślała Ewa. Ale Adam ani o tym myślał. Pocałunek powędrował w jeden policzek. Potem w drugi. Czas na drugą stronę Ewy, tylko teraz z góry na dół. Szyja, ponad piersiami, pod piersiami, brzuch, nogi i stopy. Trwało to długo, a Ewa już była bardzo podniecona. Chciała jeszcze dłużej się pobawić. Ale Adam przez długą chwilę nic nie robił. Ewa zaczęła się niecierpliwić. Dlatego cicho i spokojnie powiedziała:
- Jeszcze.
Wtedy Adał pocałował ją w otwartą rękę. Tak! Zabawa trwa nadal. I nadal jest bardzo podniecająca. Całus pod łokciem. Powoli i skutecznie. Ciepłe usta Adama spotkały się z ciepłą skórą Ewy ponad jej łokciem.
“Tak! Nie przyśpieszaj!” – mówiła sobie w duchu Ewa. Nigdy nie myślała o zbliżeniu seksualnym z Adamem. I teraz tego bardzo żałowała. Gorący całus pod pachą. Ewa zadrżała na chwilę. Tam była bardzo delikatna. I znów całus w szyje. Ale tym razem nie było całusa w policzki. Nadszedł czas na pocałunek usta-usta. Krótki, ale bardzo ponętny i zachęcający na więcej. Znowu szyja.
“Nie przestawaj!” – w milczeniu i skupieniu myślałą sobie Ewa. A Adam ani myślał o zaprzestaniu. Trzeba jeszcze jedną ręką obcałować. Powoli, subtelnie i z gracją. Aż w końcu nadszedł ostatni pocałunek, w otwartą dłoń drugiej ręki.
“I co teraz?” – zastanawiała się Ewa.
Adam zaczął całować Ewę w usta. Ona postanowiła nagrodzić starania Adama i zacząła się scena długiego, gorącego i ponętnego pocałunku dwojga zakochanych w sobie ludzi. Zanim się ta scena skończyła, Adam zaczął powoli ściągać Ewie majtki. Nie protestowała ani trochę. Ewa była już wtedy wilgotna, więc Adam bez skrępowania włożył dwa palce w nią. I zaczął nimi ruszać w górę i w dół sprawiając tym Ewie coraz więcej przyjemności seksualnej. Aż w pewnym momencie Ewa już nie byłą w stanie skupić się na całowaniu Adama, więc kiedy on zauważył, że ma wolne usta, postanowił zamienić swoje palce na swój język. Zaczął ją delikatnie, ale zdecydowanie lizać po jej kwiecie seksualności, sprawiając jej coraz więcej przyjemności.
Robił tak na tyle długo, aż nie uznał, że już koniec. Przerwał i ściągnął Ewie opaskę. Ona zobaczyła, że Adam jest cały nagi. I powoli zaczęła się napawać tym widokiem. Adam rozwiązał jej ręcę i nogi. Wtedy Ewa objęła go rękami i nogami.
I w sumie mógłbym napisać dalej. Albo nawet zakończyć w tym miejscu. Ale wybaczcie, jestem tylko Sockiem.
Wtedy Adam wziął przygotowany uwcześniej nóż i wsadził Ewie w wątrobę. Krwi było w cholerę, tak jakby komuś się słoik w dupie rozstrzaskał. Wtem Adam powiedział:
- Szmata!
I nagi poszedł do miasta po jogurt.
Dzień przed.
No więc po 25 latach męki, zamiast kupować sobie psa, kupiłem pistolet. Zaczynam pisać dziennik i strzelam sobie w głowę.
Dzień I
No więc popełniłem sobie samobójstwo. Nawet ciekawe przeżycie. Oczywiście, tak jak przewidywali chrześcijanie trafiłem do piekła. Nie jest to takie piekło, jak oni przewidzieli.
Dzień II
Trudno w sumie opisać jak to piekło wygląda. Tak samo jak trudno by było opisać osobie niewidomiej co za kolor się widzi. Mamy tu coś w rodzaju elektryczności, coś w rodzaju telewizora i coś w rodzaju komputera. Tylko siebie nie mamy.
Dzień III
Wiecie co? Znalazłem drzwi! Ale w sumie po co mi one? Ja i tak się wyjść boje. A za oknem mój osobisty demon patrzy i oddycha. Znaczy, że w odróżnieniu ode mnie on żyje?
Dzień IV
Ciężko to nazwać rozmową, ale komunikowałem się dzisiaj. Dowiedziałem się paru ważnych rzeczy. Na przykład jak się używa klamki i kilka naście powodów dla których lepiej tego nie robić.
Dzień V
Poszedłem spać. No i co?
Dzień VI
Wstałem. Jutro podobno czeka mnie odpoczynek. Tylko jak to? Przecież ja nie pracowałem.
Dzień VII
Tracę kontakt ze światem. Tracę siebie. Zatracam się. A drzwi nadal zamknięte. Strasznie się boje.
Dzień VIII
Ponoć do odważnych świat należy. Ale co to za świat jest, z którego chciałem uciec?
Dzień IX
Kontaktowałem się dziś ze swoim demonem. Rozmowna bestia w sumie. Tylko czemu ja nic nie pamiętam?
Dzień X
Odchodzę od zmysłów. A może po prostu one dawno we mnie już umarły?
Dzień (a kogo to obchodzi?)
Dziś postanowiłem otworzyć drzwi, więc zrobię to jutro.
Dzień (w sumie następny)
Ze strachem otwarłem drzwi. Demon mi nie pomógł, ani nie zaszkodził. Po prostu został.
Dzień po
Tak naprawdę przeżyłem niestety. Lekarz mówi, że za pół roku wrócę do zdrowia. A wtedy znowu spróbuje popełnić samobójstwo.
Samobójca I
Rozmawiałem ostatnio z samobójcą. Nie był niezwykły. Normalny facet, taki jak ja.
[Ja] Dlaczego się zabiłeś?
[Samobójca] Bo już nie umiałem tak żyć.
[Ja] Ale przecież miałeś pracę. Dobrze płatną.
[Samobójca] Tak! Pracę miałem bardzo dobrą. Dobrze płatną. Ludzie fajnie byli.
[Ja] To dlaczego to zrobiłeś?
[Samobójca] Bo czułem się samotny!
[Ja] Ale jak to? Miałeś przyjaciół, rodzinę.
[Samobójca] Miałem. Miałem wspaniałą rodzinę. Miałem dobrych przyjaciół. Zawsze miałem z kim porozmawiać, z kim wyjść.
[Ja] Miałeś wszystko, a mimo to zabiłeś się. Wytłumacz mi, dlaczego?
[Samobójca] Bo byłem samotny! Nie, nie byłem sam. Ale samotność to coś innego. Samotność to kolejne stadium tęsknoty. Samotność to choroba, którą może wyleczyć tylko ta osoba, która jest jej powodem.
[Ja] Kto był powodem twojej samotności? Za kim tak bardzo tęskniłeś?
[Samobójca] Ja nie tęskniłem. Ja nadal tęsknie. Ale ona nie tęskni za mną.
[Ja] Zrobiłeś to z powodu zawodu miłosnego?
[Samobójca] Zawodu miłosnego? To nie był jakiś tam zawód miłosny. Zawód miłosny, jest wtedy kiedy ktoś ci mówi nie, a ty w ciągu miesiąca o tym zapominasz. Ale nie wtedy, kiedy przez ostatnie 2 lata nieustannie myślisz o niej. Gdy się zastanawiasz, co by było gdyby powiedziała tak. Co byś ty musiał zrobić, aby te tak powiedziała. 2 lata! Wiesz co to jest, gdy się mimo wszystkich swoich sił nie umie zapomnieć? Wiesz co to jest, codziennie rano budzić się i umierać na nowo?
[Ja] Wiem doskonale, tak jak ty. Ale to nie jest powód, aby się zabijać.
[Samobójca] Nie jest powodem? Ja ci pokażę!
Samobójca wyciągnął pistolet.
[Ja] Nie! Nie! Nie!
Nie zdążyłem. Znowu się zabił. Nie udało mi się go uratować. Przestałem patrzeć w lustro. Wyszedłem z łazienki i poszedłem do pracy.
Samobójca II
(scenariusz)
Dwie postacie: samobójca i zabójca. Samobójca klęczy (siedzi) na środku sali. Zabójca stoi. W czasie rozmowy okrąża samobójce, jak na przesłuchaniu. Zabójca jest ubrany na czarno, w płaszcz. Samobójca jest ubrany w łachmany.
[Zabójca]
A więc chcesz się zabić tak?
[Samobójca]
Tak.
[Zabójca]
Myślałeś o tym, jak to zrobić?
[Samobójca]
Wejdę na jakiś wysoki budynek i po prostu skoczę. Zawsze chciałem latać.
[Zabójca]
Latać? Latać ci się zachciało? I dlatego chcesz się zabić?
[Samobójca]
Nie! Oczywiście, że nie. Lot to tylko taki dodatek. Ja po prostu nie chcę żyć.
[Zabójca]
Nie chcesz żyć? A dlaczego to? Przecież masz pracę, przyjaciół, rodzinę która cię kocha. Masz perspektywy na przyszłość. Masz po co żyć!
[Samobójca]
Nie mam dla kogo żyć!
[Zabójca]
A więc wyszło szydło z worka. Baby ci brak. I dlatego chcesz się zabić? Jesteś żałosny.
[Samobójca]
Baby! Śmiesznie to brzmi, a ból po odrzuceniu jest naprawdę realny. I zgadnij co. On nie zabija twojego ciała. Ten ból zabija w tobie ducha walki. Zabija w tobie nadzieję. A człowieka bez nadziei nie ma.
[Zabójca]
Nie pierdol mi tu o nadziei! Ona cię nie nakarmi. Ona nie zapłaci rachunków. Ona za ciebie nie pójdzie do pracy.
[Samobójca]
Nie pójdzie. Ale dzięki niej, będzie ci się chciało do niej iść.
[Zabójca]
Ludzie bez nadziei żyją!
[Samobójca]
Egzystują. Życie polega na czymś innym. Życie to dzielenie go z innymi.
[Zabójca]
Z innymi powiadasz? A co z resztą twoich znajomych? Co z twoją rodziną.
[Samobójca]
Pewnie płakać będą. Ale ja już tego nie dożyje. Więc co mnie to obchodzi?
[Zabójca]
Nie obchodzi cię to? Nie wiesz, że życie nie należy do ciebie? Tylko do ludzi, którzy cię kochają, bo to oni będą płakać, kiedy ciebie zabraknie. Nie obchodzi cię to, że twoja matka będzie przez ciebie cierpieć?
[Samobójca]
A co mnie to obchodzi?
[Zabójca]
Co cię to obchodzi? Jesteś żałosny i samolubny! Nie masz prawa żyć!
Zabójca wyciąga pistolet i strzela w głowę samobójcy. Obydwaj upadają na ziemię.
W tle napisów końcowych piosenka Lady Pank – “zabić strach”.
On tam był. Przy ognisku. Razem z resztą. Siedział i słuchał. Tak, jego byt tam się znajdował.
- A pamiętasz tą historię, jak Zygmunt obrzygał drzwi?
- Tak
- Ha – ha – ha
- Weź ich zabij – powiedział Demon Żółciowy, który już tam był od dłuższego czasu. – Po prostu zabij!
Pomyślał. A to prowadzi do pomysłu. Tam się rodzą czyjeś światy, bo tam już są jego sny. A teraz narodziła się blokada.
- Proszę, zabij ich.
- Proszę, weź się odpierdol!
Bunt? Blokada? Strach? Ale nic się nie stało. Bawił się swoimi metalowymi kulkami i pozdrawiał pewną małą, sympatyczną dziewczynę.
- Strach! – Demon Żółciowy się zdenerwował. – Strach cię zjada!
- Ty mnie zjadasz.
- Ja cię wypełniam.
- Ja jestem pusty.
Demon Żółciowy wziął i uciekł.
- A pamiętasz jak Edward połknął zapałkę?
- Tak.
- Ha -ha -ha
Demon Zielony dopiero nadszedł.
- Zabij ich! Niech będą nieżywi. Niech będą wieczni.
- Wiecznie nieżywi?
- Na zawsze zbawieni jak ty.
- Nie pierdol…
- Nie kuś.
I było ich tam kilku. A jego byt górował nad nimi. Jego tam po prostu nie było. A jego byt…
- Zabij!
- Strach!
- Strach nas wszystkich zabije.
W każdym z nas żyje demon. W niektórych z nas, żyje nawet kilku. Zwyciężamy my, zwyciężają oni lub się łączymy. Brawa dla prawdziwych wojowników. Chwała im i miecze przy ich sercach. Te żywe organizmy z których mają miecze.
- A więc to tak!
- Nie złapiesz mnie. Nie zabijesz mnie.
- Nie zapomnisz o mnie.
I chwilowo zniknął. Ale na pewno zniknął. Ale jego byt tam był nadal.
I nagle przyszedł Demon Niebawem.
- Aaaaaa!
I wsadził on rękę do ogniska. I nikt tego nie zauważył. Nikt się nie przejął. Bo jego tam nie było. Jego byt tam był.
- A pamiętasz, jak On zmarł na raka?
- Tak
- …
A Demon Niebawem przyjdzie…
Siedział przy biurku. I pisał. Po prostu tworzył poprzez pióro parę wyrazów. Tak od paru chyba godzin. Tak od niechcenia. Wstała jego matka, albo żona, albo nawet siostra. Wstała, bo było wcześnie. Zobaczyła, że siedzi przy biurku. I pisze. A kartki spod jego rąk startowały i wylatywały w powietrze. Latały po pokoju. Nigdy i nigdzie nie lądowały. Nie kończyły się. Po prostu latały. A on pisał. Jak wieczne pióro było rzeczywiście wieczne. Jego ręką nie czuła zmęczenia. Jego umysł nie czuł niczego. Ona podeszła, żeby pooglądać to, czego nie umiała pojąc. On zresztą też nie umiał. Bo i po co? Robił to co chciał i nie przestawał. Nie pamiętał, po prostu tworzył słowa.
[Ona] Co to?
On przerwał na chwilę. Nie zrobił tego nigdy więcej.
[On] A czy to musi coś być?
I rozpoczął pisać od nowa.
[Ona] Która jest godzina?
[On] Nie wiem. Nie kładłem się spać.
Wtedy powstał strach. Nikt niestety nie wie, czy był to strach spowodowany troską o niego, czy strach przed tym, aby ona nie była zła. Ale to i tak nie ważne. Strach powstał. Narodził się z niczego. I rósł w siłę. Mógł niszczyć, mógł zabijać, mógł przejąc kontrolę. Ale nie zrobił tego, po prostu się ulotnił. I poczuł się dumny.
[Ona] Ale ty tak nie możesz zarywać nocy!
Gniew się narodził. Gniew silniejszy od strachu. Strach ucieka, a gniew nie celuje. On po prostu jest. I w odróżnieniu od strachu, gniew chce niszczyć. Gniew chce być tutaj razem z nimi. Ale nie wie, że to oni go trzymają, tak samo jak on ich. I nie puszczają. Są zbyt silni. Ale o kim tak naprawdę mówię? Przecież nie o sobie. Gniew uleciał. Nie ze strachu. Nie dlatego, że chciał. Po prostu nie miał już sił. Nie miał już niczego.
[On] Nie potrzebuję dnia, aby pisać. Nie potrzebuję czasu, aby tworzyć. Nie potrzebuję papieru, aby się unieść ponad tych wszystkich ludzi.
Smutek nadszedł. A z nim przyszedł płacz. Przyszła też bezsilność. Oj nie, smutek nigdy nie jest sam. Może powstać z samotności, ale nigdy nie jest sam. Towarzysze jego tak samo silni jak on sam. Ale nigdy nie żyją bez smutku. A kiedy trzy silne ręce ściskają jedno gardło, to pętla na szyi jest już nie potrzebna. Strach już tu był, a gniew niczego nie zdziałał. I on już nigdy nie stworzy niczego prostego. Nie chce on.
[On] Nie spełnione oczekiwania.
[Ona] Nie chciana ozdoba.
[Strach] Nie zostawiajcie mnie.
[Gniew] Nie ratujcie mnie.
[Smutek] Nie chcę wracać.
[Płacz] Nie ma mnie tutaj.
[Bezsilność] Nie obchodzi mnie to.
[Kartka] Nie wiem co mam powiedzieć.
[Słowo] Nie wiem co znaczę.
[Pustka] Nie! I nie na tym będzie koniec.
Wyciągnęła rękę i złapała jedną kartkę. Ścisnęła i przeczytała. „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” Tak samo wzięła następną kartkę i przeczytała: „Zabij mnie głosie w mojej głowie.” I czytała tak długo, bo kartek było wiele. Latały jak ptaki. I nigdy nie lądowały. Przemyślała w końcu i powiedziała.
[Ona] Czemu ty tak właściwe to piszesz.?
[On] Żeby zapomnieć.
[Ona] O czym?
[On] O tym, że słyszę głosy.
Strach się przestraszył i uciekł. Gniew się rozlał po całym pomieszczeniu i wyparował. Smutek poszedł na wesele i nikt go już więcej nie widział. Płaczu nigdy nie było, przecież mówiłem. Bezsilność się zmieniła. Ewoluowała. A teraz nikt nie wie jak wygląda. Kartki w końcu się skończyły i odleciały. A tak bardzo chciał je mieć tylko dla siebie. Słowa są w każdym z nas, więc to tak jakby ich nigdy nie było, prawda? Pustka pozostała. No bo gdzie miała by iść, skoro wszędzie jej pełno?
A co z nim i nią? On chciał być pisarzem, jej nie musiało w ogóle być. On miał marzenia, ona była jednym z nich. Maszyna do pisania? Nie! Człowiek za którego słowa, spisane na kartce, pisane z bezsilności, w płaczu i smutku. Słowa pisane w gniewie i strachu. I tylko trochę nadziei. Która starczała na tak długo i tak bardzo walcząca ze strachem, gniewem i bezsilnością. A co z pustką, która też nadzieją była? Czemu nie płacze biedna?
I wtedy sen się skończył. Pytanie tylko czyj to był sen. I skoro się skończył, to czemu nikt się nie obudził?
Był sobie facet. Taki, jakich wielu. Po prostu sobie był i tyle. I niech mi nikt tutaj nie marudzi. Po prostu facet, dobrze? Zrozumiano?! No! Koniec i kropka. A zatem (bo słyszałem, że „a więc” jest złe, nie dobre i w ogóle fuj), ziomuś chciał sobie zrobić jeść. I nie zgadniecie, co zrobił. Nie zgadujcie! No już! A zresztą… Poszedł do kuchni. Tadam! Koniec wielkiej tajemnicy. Zagadka się nie udała, wiem, ale co z tego?
A właściwie o czym ja to… A! Już wiem, ziomica chciała sobie zrobić test ciążowy… A nie, chwila. To był ziomek. Ale czemu on chciał zrobić sobie test ciążowy? A może on nie chciał zrobić sobie testu ciążowego? Przyjmijmy, że poszedł do kuchni zrobić sobie jeść. Wszedł zatem do kuchni. Otworzył lodówkę. Zobaczył przestrzeń. Zrobiło mu się trochę chłodno. Ale to chyba normalne. W końcu jak się myli lodówkę z oknem w środku srogiej zimy, to może się zrobić trochę zimno. Do tego tłumaczy to tak dużą przestrzeń w lodówce. Cóż, nadszedł czas, odkręcić gaz… Znaczy tfu! Zamknąć okno! Bo trochę wieje.
Ale o czym ja to? E… Mmm… Hmmm… Wiem! Lodówka. Ziomuś w końcu zamkną lodówkę, które było oknem i takie tam. Znalazł w końcu lodówkę. Udało się. W końcu w tej kuchni, jest tylko jedna lodówka. I co go zaatakowało z tej lodówki? Nie uwierzycie! Jak tylko tą lodówkę otworzył, to zaatakowało go ogromne… (fanfary proszę) … NIC! Pusta lodówka nie napawała optymizmem. Co gorsza, pusta lodówka nie nakarmi. A szkoda. Trzeba poszukać dalej. Pierwsza szafka, nic. Druga szafka, nic. Trzecia… O! Tu coś jest. Ziomuś cały szczęśliwy i w skowronkach. W końcu tydzień zajęło mu szukanie swojego portfela. A on po prostu bezczelnie sobie tutaj tak leży. Cóż, niech sobie leży dalej. Nie jest teraz potrzebny.
Coś się chłodno zrobiło. Albo to deja vu, albo coś często się tu zimno robi. Co to może być? Okna nikt nie otwierał, ani nic. Hmmm… Mmm… E… I w ogóle… No przecież! Nikt nie zamknął lodówki! Jak ktoś mógł zamknąć lodówkę, jak o tym nie napisałem? No kto? Ziomuś naprawił swój błąd. I dobrze, bo nie chce mi się po polar iść.
Ale coś tu pusto ziomuś ma w tym swoim domu. Nie uważacie? Pewnie myślicie, że biedny. Pewnie uważacie, że nie dba się. Ale nie, to nie jest żaden student. Po prostu żona wyjechała. No ale przecież, zostawiła jedzenie. Powinno gdzieś tutaj być. Jest! Ale kto by pomyślał o tym, żeby kanapki trzymać w tym drewnianym pudle. Jak ono się nazywał… Hmmm… (resztę już znacie) Wiem! Chlebak! Ziomuś tak patrzy, myśli… Kiedy miesiąc temu, żona gotowała, to wszyscy dostali sraczki (biegunki). Kiedy 3 tygodnie temu żona gotowała, to wszyscy się porzygali (zwymiotowali). Kiedy tydzień temu żona gotowa, to w sumie nic się nie stało. Nie licząc psa, który miał sraczkę (biegunkę), wymioty (rzygał jak kot?) i jakoś dziwnie wyglądał. Jakoś takoś… Zielono… Ale to chyba tylko dlatego, że jako jedyny, nie udawał, że nie jest głodny.. Tak to jest, że psy, którym się daje jeść raz w tygodniu, mają słabą psychikę. A może on po prostu próbował się zmierzyć z tą groźbą śmierci? Taki psi sposób na dreszczyk emocji.
Ale wracając do zioma, a zostawiając w spokoju jego psa (niech spoczywa w spokoju). Ziomuś się zreflektował i wyciągnął szybką zupkę. Taką w stylu zalej i sobie zjedz z dopiskiem „Tylko się nie udław, Mamy jeszcze milion takich zupek do sprzedania, Ktoś to musi zjeść” małym druczkiem.
Teraz pewnie myślcie, że ziomek kopnie w kalendarz na zawał serca. Albo, że udławi się tą zupką. Ale nie, jestem od was lepszy i nie dam wam tej satysfakcji. Nie będzie nawet sceny, w której ziomek się wiesza, a w liście pożegnalnym pisze: „Nie umiałem przeczytać instrukcji na opakowaniu, więc nie umiałem sobie zrobić szybkiej zupki. Nie chciało mi się czekać na śmierć głodową, więc się powiesiłem. Nie zapomnijcie karmić mi rybek!”
To było tak: ziomek się poślizgnął, rozwalił głowę o kant stołu. Potem rozwalił głowę o rączkę z szuflady. Potem o rączkę z drugiej szuflady. Potem o rączkę z trzeciej szuflady. A potem dopiero o kafelki. Zakrwawił całą kuchnię. Krew lała się strumieniami. A ziomuś zmarł, bo zadławił by się własną krwią. A szkoda, teraz ktoś inny będzie musiał umyć kuchnię.
Ale spoko, poszedł do nieba. I nie martwcie się, nie był tam sam. Zupka poszła razem z nim. A ja tam byłem. Pod stołem leżałem. I udawałem, że moja głowa nie istnieje. Taka impreza była. Szkoda tylko, że musiałem wytrzeźwieć, aby wujka pochować.
To było wtedy, gdy się schlałem z przyszłym teściem. Nie pamiętam już z jakiej okazji. Obudziłem się rano jeszcze mocno wcięty, prawie przytulony do teścia. Pierwsze co zrobiłem, to obejżałem czy teściu mnie nie obrzygał. A po chwili sprawdziłem, czy ja teścia nie obrzygałem. Wszystko wyglądało w porządku. Popatrzałem przed siebie i zobaczyłem potwora. Miał 7 głów i 8 macek. Był straszny i ział ognem. Przetarłem oczy.
[ja] O! Cześć kochanie!
JEB! Moja dziewczyna ma naprawdę silny prawy prosty. Wtedy zacząłem słyszeć głosy w mojej głowie. Mówiły coś bardzo szybko i niezrozumiale. A nie, chwila. To moja dziewczyna tak krzyczała. I do tego jeszcze stała nademną wymachująć rękoma.
[ja] O! Cześć kochanie!
JEB! Lewy prosty też ma nieczego sobie.
[Ona] Nie słuchasz mnie!
[ja] To nie jest tak, że cię nie słucham. Po prostu ja cię nie słyszę.
A darła się tak, że cała wieś słyszała. Znowu oberwałem. Policzyłem sobie swoje guzy. Miałem ich trzy. Jeszcze dwa i znów będę spał. Jupi! Nie zdążyłem dokończyć myśli, bo teściu mnie obudził. Jeszcze nigdy nie widziałem nikogo tak zdenerwowanego.
[teściu] Dlaczego mnie obrzygałeś?!
[ja] Ja?! Ja przecież…
Zemdlałem. Zawieźli mnie do szpitala. Wstrząsnienie mózgu miałem. Kocham swoją dziewczynę za to, że ma tak silny… charakter. Ale w sumie to nic, bo zdiagnozowali mi jeszcze raka przy okazji. Wykończył mnie w 2 miesiące i sobie umarłem. Ale jest w sumie spoko, bo nie jestem tu sam. Moja dziewczyna popełniła samobójstwo tydzień po mojej śmierci.
